Jeśli kocham, to żyję
Jeśli kocham, zatem żyję. Uczucie jak z czasów licealnych albo studenckich. A jeszcze niedawno obawiałem się, że ze stanu doskonale maskowanego odrętwienia i wyjałowienia, które nazwałem wejściem w dorosłość, nie wyrwę się nigdy, i coraz bardziej i głębiej szedłem na coraz większe kompromisy z ponurą rzeczywistością, zagłuszane pasjami, podróżami, niekiedy klubami z umiarkowaną dawką alkoholizacji - a właściwie smakowaniem trunków świata.
Zapytałem dziś moją bodaj jedyną prawdziwą przyjaciółkę z Białorusi czy jej zdaniem istnieją ludzie, którzy potrafiąc kochać głęboko i odkrywając się aż do bólu, sami mogą być niekochani, a jeśli tak to dlaczego?
Ożywcze zazwyczaj odpowiedzi, porady mojej przyjaciółki, tym razem zadziałać w pełni nie zdołały. Cóż mi po historiach o rzekomych połówkach, które wcześniej czy później się odnajdą, skoro odnaleźć się wcale nie muszą? Co do faktu ich istnienia nie może być wątpliwości, ale na samym istnieniu mogą przecież poprzestać i nigdy nie być w stanie się połączyć.
Ale nawet, jeśli miłość jest nieodwzajemniona, to i tak jest wybawieniem, bo daje poczucie prawdziwego życia, nawet, jeśli towarzyszy jej poczucie wdeptania w ziemię, kompletnej bezsilności, wspinania się na szczyt, by spaść z wierzchołka w jakąś otchłań. To dzięki niej rodzi się poczucie możliwości, gotowości i chęci do przekroczenia samego siebie, wyjścia poza siebie, starań i wysiłków czynionych aż do bólu. Nawet zagłuszanie smutku i żalu bezcelową ucieczką prosto przed siebie, może stać się piękne.
Jeśli kocham, nie będąc kochanym, to i tak jestem wdzięczny - Bogu? Przypadkowi? Losowi? - za to, że czuję, że żyję!
Ból i cierpienie są dużo lepsze niż stagnacja i rutyna, niż codzienne, powszednie pogodzenie się z rzeczywistością i czekania na Nic, życie w przytłumionej nadziei nie wiadomo tak naprawdę na co.
