Home

Advertisement

Customize
clanok

November 2009

S M T W T F S
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Tags

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com

Feb. 12th, 2009

clanok

Mazgajstwo

Poranny pęd do pracy. Wszystkie odcienie szarości, mokry śnieg z deszczem, błoto, nawet najlepsze wspomnienia wiosenne, letnie, wczesnojesienne w nie są dziś w stanie przysłonić brzydoty mijanych przystanków, quasi-kamienic, pseudonowoczesnych biurowców stylizowanych na XIX-wieczne kamienice, mające być jakby rekompensatą za zniszczone piętrowe drewniane, murowane zabytkowe domki, które płonęły do niedawna w tym mieście, jak zapałki. I nie ma tu znaczenia to, że w ich miejscu, zupełnie “przez przypadek”, jakiś czas później rozpychały się developerskie firmy wznoszące kolejne niestrawne konstrukcje w żaden sposób nie mogące cieszyć oka.

Wzdłuż krawędzi chodnika, z wiadrem piasku zmieszanego z solą krąży mężczyzna w średnim wieku, biorąc co chwilę w garść zawartość wiadra i posypując trotuar przed muzeum. Chodnik jest wąski, ulica blisko, przejeżdżające samochody, jeden za drugim, nie zwalniając obryzgują człowieka, który klnie siarczyście.

Na żadnej z mijanych twarzy nie maluje się choćby odcień życzliwości, czegokolwiek przyjaznego, jasnego, najwyraźniej twarze odbijają wszystko to, co dzieje się na zewnątrz, całą tę paskudną breję, szarość, wilgoć, chłód. Nie ma w nich nic własnego, a stanowią jedynie odbicia.

W pracy podsłuchuję przez przypadek monolog młodego mężczyzny, który zamyka w naszej firmie wszystkie sprawy, wszystko co można likwiduje, wyjeżdża na stałe do Australii.

- Tu się nic nie zmieni, cała ta nomenklatura musi odejść, zemrzeć. Mam dość tej mentalności. Może dzieci moich dzieci, gdy tu wrócą, to uznają, że jest to normalny kraj, tak dopiero dzieci moich dzieci, bo moje dzieci już nie.

Zupełnie, jakbym słyszał siebie, tyle, że sam nie mam dzieci, nie wyjeżdżam też do Australii, zostaję tutaj, w pracy, w której powoli zaczynam popadać w swego rodzaju konflikt sumienia. Konieczność dramatycznych wyborów nie dotyka mnie jeszcze bezpośrednio, ale powoli zaczyna osaczać, obłapiać kleistymi mackami, i robi mi się z nią duszno i ciasno. Panowie od systemu 09 mają za złe młodym, że idą na kompromisy z korporacjami. Chciałbym tylko wiedzieć, co są w stanie zaproponować w zamian. Czy korporacja to mój wybór? Praca zgodna z wykształceniem? Bez funkcjonowania w tej branży w określonych kontekstach politycznych, towarzyskich, jest tak nierealna, jak - na chwile obecną - odkrycie życia poza naszym układem słonecznym.

Dopiero pod koniec dnia, obrazek wyjęty jakby z innego świata, tak, że przez moment nie wiem, czy to co widzę jest rzeczywistością czy ułudą. Opatulony skromnym zimowym ubrankiem kilkuletni dzieciaczek, opatulony tak że nie widać czy jest to chłopczyk czy dziewczynka ni stąd ni zowąd przytula się do nóg również skromnie odzianej babci, obejmuje ją najmocniej, jak potrafi. Babcia nachyla się czule i całuje dzieciątko w nosek, w policzki, wywołując głośny, szczery, radosny śmiech maleństwa. Scena tak nierealna, że przez moment zaczynam mieć wątpliwości czy wydarza się w tej chwili, tu i teraz naprawdę, czy zaczynam już widzieć to, co widzieć chciałbym. Kiedy ostatni raz widziałem tak szczerą i prawdziwą do bólu manifestację uczuć…

Aug. 15th, 2008

clanok

Jeśli kocham, to żyję

Jeśli kocham, zatem żyję. Uczucie jak z czasów licealnych albo studenckich. A jeszcze niedawno obawiałem się, że ze stanu doskonale maskowanego odrętwienia i wyjałowienia, które nazwałem wejściem w dorosłość, nie wyrwę się nigdy, i coraz bardziej i głębiej szedłem na coraz większe kompromisy z ponurą rzeczywistością, zagłuszane pasjami, podróżami, niekiedy klubami z umiarkowaną dawką alkoholizacji - a właściwie smakowaniem trunków świata.

Zapytałem dziś moją bodaj jedyną prawdziwą przyjaciółkę z Białorusi czy jej zdaniem istnieją ludzie, którzy potrafiąc kochać głęboko i odkrywając się aż do bólu, sami mogą być niekochani, a jeśli tak to dlaczego?

Ożywcze zazwyczaj odpowiedzi, porady mojej przyjaciółki, tym razem zadziałać w pełni nie zdołały. Cóż mi po historiach o rzekomych połówkach, które wcześniej czy później się odnajdą, skoro odnaleźć się wcale nie muszą? Co do faktu ich istnienia nie może być wątpliwości, ale na samym istnieniu mogą przecież poprzestać i nigdy nie być w stanie się połączyć.

Ale nawet, jeśli miłość jest nieodwzajemniona, to i tak jest wybawieniem, bo daje poczucie prawdziwego życia, nawet, jeśli towarzyszy jej poczucie wdeptania w ziemię, kompletnej bezsilności, wspinania się na szczyt, by spaść z wierzchołka w jakąś otchłań. To dzięki niej rodzi się poczucie możliwości, gotowości i chęci do przekroczenia samego siebie, wyjścia poza siebie, starań i wysiłków czynionych aż do bólu. Nawet zagłuszanie smutku i żalu bezcelową ucieczką prosto przed siebie, może stać się piękne.

Jeśli kocham, nie będąc kochanym, to i tak jestem wdzięczny - Bogu? Przypadkowi? Losowi? - za to, że czuję, że żyję!

Ból i cierpienie są dużo lepsze niż stagnacja i rutyna, niż codzienne, powszednie pogodzenie się z rzeczywistością i czekania na Nic, życie w przytłumionej nadziei nie wiadomo tak naprawdę na co.

Advertisement

Customize