Home

Advertisement

Customize
clanok

November 2009

S M T W T F S
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Tags

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com

Jan. 12th, 2008

clanok

Wyspa Świętej Małgorzaty. Opowieści o Budapeszcie ciąg dalszy

Wyspa Świętej Małgorzaty jest jednym z najbardziej niezwykłych miejsc w Budapeszcie. Położona na Dunaju między Budą a Pesztem wydaje się wciąż nieodkryta przez turystów. Ile razy bym na niej nie był, nigdy nie rozbrzmiewał na niej żaden inny język poza węgierskim. W dni powszednie nie ma na niej tłumów, przewijają się tylko nieliczne osoby mieszkające w hotelu albo korzystające z ośrodka sportowego.

Ta wyspa, o wyjątkowym uroku, jest najchętniej odwiedzana przez budapesztańczyków w niedziele. Wówczas rzeczywiście ściągają tu tłumy, grupki młodych ludzi, całe rodziny, przekrój wiekowy począwszy od kilku miesięcy a skończywszy na ponad 90 latach. Mimo to każdy może sobie znaleźć względnie spokojne i zaciszne miejsce. Wypoczywający łączą się z reguły w większe lub mniejsze grupy znajomych, bądź przyjeżdżają tu całymi rodzinami. Na wyspie jest kilka - nazwijmy je łąkami, na których można grać w siatkówkę, piłkę nożną, czytać książki, dyskutować, czy spożywać drugie śniadanie. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć Węgrów nadużywających tu alkoholu lub zachowujących się w wulgarny czy agresywny sposób. Każdy, dosłownie każdy może sobie znaleźć nawet wówczas zaciszne miejsce czy to do kontemplacji czy do czytania czy do spokojnej rozmowy.

Nazwa wyspy pochodzi od imienia córki króla Węgier - Beli IV. Małgorzata została ofiarowana Bogu przez króla, jako swego rodzaju podzięka za wygraną bitwę z Mongołami. Królewska córka musiała wstąpić do zakonu dominikanek, któremu król ufundował klasztor na tej właśnie wyspie. Małgorzata wedle legend - tak jak zresztą większość średniowiecznych świętych - miała być niezwykłej urody, wyjątkowej dobroci i szlachetnego serca młodą kobietą (zmarła w wieku bodajże 28 lat, w zależności od źródła, wedle niektórych w wieku 27, 29 lat), która całe swoje życie poświęciła Bogu i biednym, o których troszczyła się z ogromnym oddaniem.

Do dziś po XIII - wiecznym klasztorze pozostały tylko ruiny. Zrujnowanie Budapesztu zawdzięczamy Turkom okupującym przez półtora stulecia sporą część Węgier, w tym obecny Budapeszt.

Zwiedzając Budapeszt warto mieć świadomość tego, że wszelkie "romańskie", "gotyckie" czy "renesansowe" budowle są jedynie mniej lub bardziej udanymi i wiernymi rekonstrukcjami pochodzącymi z XIX, a niekiedy z XX wieku.

Jedną z takich najbardziej udanych rekonstrukcji jest znajdująca się na wyspie kaplica świętego Michała. Nie wiedząc o tym, że jest to tylko rekonstrukcja można odnieść wrażenie, że stoimy przed romańską świątynią pochodzącą pierwotnie z XII wieku.

Po raz pierwszy na Wyspę Świętej Małgorzaty trafiłem w letni deszczowy powszedni dzień w godzinach popołudniowych. Na wyspie spędziliśmy około kilku godzin i nie spotkaliśmy więcej niż około 10 osób, w tym żadnych turystów. Zatem wyspa może spełnić oczekiwania tych, którzy lubią tłumy - w niedziele i święta, i tych, którzy nade wszystko cenią sobie ciszę i spokój, i możliwość niezakłóconej niczym kontemplacji - w dni powszednie.

Warto jeszcze dodać, że cała wyspa wiosną i latem tonie w wielu odcieniach soczystej i bujnej zieleni oraz wielobarwności klombów z licznymi gatunkami kwiatów, w części parkowej natomiast rosną potężne platany z charakterystyczną dla nich plamiastą korą.

Z czasem marzy mi się opisanie także Budy i Pesztu, Wzgórza Gellerta i okolicy, polskich śladów w historii Budapesztu i całych Węgier. Ech, książkę, można by napisać o samym Budapeszcie.


Jan. 7th, 2008

clanok

Budapeszt, część 2

W pierwszej części opowieści o Budapeszcie nie wspomniałem o tym, że nie opisuję jakiegoś jednego konkretnego pobytu w tym mieście. Posty poświęcone Budapesztowi miały być w moim zamierzeniu zlepkiem wrażeń i refleksji z kilku długich pobytów w stolicy Węgier. Nie roszczą one sobie bynajmniej prawa do bycia swego rodzaju przewodnikiem po Budapeszcie czy opisem historii miasta.

Niemal każdy ma jakąś swoją "stolicę duchową", do której wraca w miarę możliwości czy to fizycznie, czy choćby duchem. Ja na swoją "duchową stolicę" wybrałem właśnie Budapeszt. I nie pisałbym tych postów, gdybym miał poczucie, że poznałem to miasto tylko powierzchownie, że jest to irracjonalny zachwyt nad miastem, które widzi się po raz pierwszy i które urzeka swym czysto zewnętrznym urokiem. Choć gdy dotarłem do Budapesztu po raz pierwszy tak właśnie się stało, uległem jego urokowi zewnętrznemu. Potrzebowałem sporo czasu, by wgryźć sie w miasto i poznać je na wskroś. Jak pisałem o tym wcześniej - zdołałem się w nim już poczuć, jak u siebie.

Nad wszystko co zewnętrzne najbardziej cenię sobie poznawanie ludzi. Najciekawsza architektura, najbardziej interesujące rozwiązania urbanistyczne, nie są w stanie zastąpić klimatu, jaki potrafią stworzyć mieszkańcy danego miejsca.

W Budapeszcie odkryłem to, czego tak bardzo brakuje mi w Polsce - zwykłą bezinteresowną życzliwość spotykanych przypadkowo ludzi. Nie potrafię ocenić, jaki wpływ na to miał fakt, że jestem Polakiem. Zdarzało się nierzadko, że Węgrzy słysząc na ulicy język polski podchodzili do nas mówili i po polsku - tak, właśnie po polsku - "Polak Węgier dwa bratanki", a następnie pytali czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Wypowiedzenie węgierskiego odpowiednika tego powiedzenia graniczy niemal z cudem, wiem, bo próbowałem nie tylko ja. Wielu spotkanych przez nas Węgrów łamaną angielszczyzną opowiadało nam swoje osobiste historie związane z Polską czy z Polakami, wykazywało żywe zainteresowanie sprawami polskimi, czy nawet niezłą znajomość historii Polski. Przy czym nie miał tu znaczenia wiek tych osób. Raz spotkaliśmy w tramwaju młodą Węgierkę - mającą nie więcej niż 20 lat, jadącą na dyskotekę w Cytadeli na Wzgórzu Gellerta, która usłyszawszy język polski zwróciła się do nas z pytaniem czy nie potrzebujemy jakiejś pomocy. Wywiązała się rozmowa, w czasie której opowiedziała nam o swojej wyprawie do Krakowa i portrecie króla polskiego, który był jednocześnie królem Węgier (sądzę, że miała na myśli Ludwika Węgierskiego), który ją zaintrygował na Wawelu. Innym razem - także w tramwaju - spotkaliśmy starszą panią, która pamiętała powstanie węgierskie w 1956 r. i ogromną pomoc, jaką Polacy ofiarowali wówczas Węgrom. Owa pani sama nas zaczepiła, gdy tylko usłyszała język polski. Jeszcze innym razem rozmowę z nami nawiązała pewna kobieta w wieku około 40 lat, która zachwycała się akurat Dariuszem Michalczewskim i koniecznie chciała dać wyraz swej "miłości" w rozmowie z Polakami. Takich przykładów można byłoby mnożyć.

A przedsmak tych spotkań z Węgrami mieliśmy już tak naprawdę w pociągu jadącym z Warszawy do Budapesztu, kiedy to bodajże w Gyor dosiadły się do naszego przedziału dwie Węgierki. Jechaliśmy razem około 2, może 3 godzin. Na samym początku usłyszeliśmy oczywiście po polsku "Polak Węgier...", a później rozmowa już tylko płynęła, by zakończyć się przyjaźnią trwającą do dziś.

Nie wiem czy jest jeszcze takie drugie miejsce na świecie, gdzie Polacy byliby tak szanowani i darzeni taką szczerą sympatią, jak właśnie na Węgrzech. Z tym, że to bardziej chyba zasługa historii. Węgrzy - jak zauważyłem - postrzegają nas wciąż przez pryzmat udziału Polaków w węgierskiej Wiośnie Ludów w 1848 r. oraz w powstaniu węgierskim w 1956 r. (tak, byli Polacy, którzy w nim uczestniczyli) oraz pomoc ofiarowaną przez Polaków w czasie owego powstania, która o ile się nie mylę przewyższała pomoc nawet amerykańską - na pewno Polacy oddali największą ilość krwi rannym.

Z drugiej strony może to jednak i lepiej, że jesteśmy postrzegani przez pryzmat historii, a Budapeszt i Węgry nie są oblegane przez tłumy masowych turystów z Polski, którzy bez wątpienia mogliby zniszczyć ten cenny kapitał jaki zgromadziliśmy u Węgrów. Pamiętam jak wracając któregoś razu pociągiem z Budapesztu do Warszawy było nam wstyd z powodu kilku Polaków, za sprawą których w całym wagonie unosiły się opary wódki zanim jeszcze zdążyliśmy wyjechać z Budapesztu. A temu towarzyszyło oczywiście głośne zachowanie, niecenzuralny język - całe szczęście polski, raczej niezrozumiały dla Węgrów.

W następnym poście postaram się już napisać o miejscach, które wywarły na mnie największe wrażenie w Budapeszcie i nieco o architekturze miasta.

Poniżej fotografie przedstawiające widoki ze Wzgórza Gellerta: pierwszy na stronę pesztańską, drugi na zamek i Stare Miasto po stronie budańskiej.

Jan. 2nd, 2008

clanok

Budapeszt, część 1

Zawsze, gdy na zbyt długo utknę w swoim mieście zaczynam się rozrzewniać i myślami wracać do jednego z nielicznych miejsc, które udało mi się odwiedzić, i co do których mam pewność, że mógłbym w nim zamieszkać. Nie chcę pisać o jakiejś magii tego miejsca, bo to słowo już się niemiłosiernie zdewaluowało. Każdy byle przewodnik, byle ulotka biura podróży, lichy folder zachęca do odwiedzenia magicznych miejsc, a każde miasto będące w ofercie wycieczek renomowanych biur podróży jest magiczne. W Polsce takim najbardziej magicznym miastem jest chyba Kraków, choć ja osobiście nie potrafię się nim zachwycać. A te wszystkie ckliwe piosenki, wierszyki o Krakowie trącą zwyczajnym kiczem. No ale nie o Krakowie miałem zamiar pisać.

Budapesztu nie nazwę miastem magicznym. Nie widzę w ogóle potrzeby, by określać go jakimkolwiek epitetem, które w gruncie rzeczy mają znaczenie głównie marketingowe. A nigdy mi się nie zdarzyło wyjeżdżać do Budapesztu na wycieczkę zorganizowaną przez biuro podróży. Szczerzę takich wycieczek nie znoszę. Do Budapesztu zawsze jechałem z intencją, by poczuć się w nim jak u siebie. Gdziekolwiek zresztą bym nie wyruszał, zawsze mam nieprzepartą potrzebę poczucia się jak w domu. W Budapeszcie udało mi się osiągnąć taki stan, który po całodniowych wyprawach dawał mi złudne poczucie powrotu do własnego domu, w którym muszę przygotować kolację, zajrzeć do książki, obejrzeć wiadomości - nawet jeśli są w języku węgierskim. Ostatnim razem trafiła mi się kwatera w modernistycznym bloku z dwudziestolecia międzywojennego z dziurami w ścianach i balustradach na galerii po ostrzale czołgów sowieckich z czasu powstania w 1956 r.

Budapeszt choć porównywalny z Warszawą pod względem wielkości, pod każdym innym względem jest całkowitym jej zaprzeczeniem. Wyjście z Dworca Centralnego w Warszawie na ulice Warszawy z początku stanowiło dla mnie niemal traumatyczne przeżycie. Wyjście z dworca Keleti w Budapeszcie było z kolei zachętą do wejścia w to miasto. Warszawy nie lubię, choć znam ją tylko powierzchownie. To miasto usiłuje z neoficką gorliwością udowodnić przyjeżdżającemu, że jest czymś lepszym niż w rzeczywistości, że jest miastem na wskroś europejskim, chłonącym wszelkie nowinki. Budapeszt jest inny, nie ma kompleksów, nie usiłuje niczego udowodnić, nawet pomimo tego, że nie ma rozmachu zachodnioeuropejskich stolic. I choć - jak stwierdziła kiedyś znajoma mieszkająca już kilkanaście lat w Wiedniu - Budapeszt jest poniekąd miniaturką Wiednia, to jest mu z tym dobrze i nie usiłuje neurotycznie niczego dowodzić.

Na tym stwierdzeniu przerwę opowieść, by wrócić do Budapesztu - mam nadzieję - już jutro.

Dec. 28th, 2007

clanok

Imre Nagy według Marty Meszaros

Jestem niezmiernie "wdzięczny" polskiej telewizji publicznej, że film o Imre Nagy'm Marty Meszaros ("Niepochowany") wyemitowała wczoraj między godziną 1.00 a 3.00 (w nocy rzecz jasna). Nic dziwnego, że przy takim rozumieniu misji publicznej wielu przedstawicieli naszego społeczeństwa nie wie, co wydarzyło się 13 grudnia, a gdyby zapytać ich jeszcze o powstanie węgierskie 1956 roku odpowiedzią byłyby rozdziawione usta i rozszerzone do granic możliwości oczy. Ale nie mam zamiaru pastwić się nad TVP, i tak jak zwykle przy zmianie władzy ma jakieś problemy.

Sam Imre Nagy nie jest przez Węgrów uważany za postać niemal tak pomnikową, jak został przedstawiony w filmie. Choć może niewłaściwie postawiłem sprawę - część uważa go za bohatera, część za człowieka niezdecydowanego, a część wypomina mu przeszłość w ZSRR, gdzie ponoć zdarzało mu się być kapusiem. Nie jestem historykiem, nie znam tak dobrze jego biografii, by móc go jednoznacznie ocenić.

Wracając do samego filmu - odniosłem wrażenie, że Marta Meszaros chciała się w nim skoncentrować przede wszystkim na mechanizmach łamania człowieka w systemie totalitarnym. Najbardziej sugestywne i zajmujące większą część filmu są sceny z więzienia i przesłuchań. Samo powstanie, wahania podczas sprawowania rządów Imre Nagy nie są kluczowymi wydarzeniami w filmie. I może lepiej się stało. Oglądając film sam miałem poczucie, jakbym dzielił z Imre Nagy'm tę ciasną, brudną, cuchnącą celę. Jej klaustrofobiczny wygląd niemal mnie dusił. Reżyserka pokazała, jak bohater filmu zostaje doprowadzony do granicy obłędu - zaczyna rozmawiać sam ze sobą, tańczy, gdy z korytarza dobiega muzyka z radia strażnika, zaprzyjaźnia się z prusakiem, by móc mówić do kogoś, usiłuje schwytać szczura, by mieć "towarzysza" rozmów. Do celi nie dochodzi światło, bo niewielkie okno jest zamknięte, cały dzień pali się lampa - bohater traci poczucie czasu. Po dłuższej przerwie w przesłuchaniach sam domaga się wezwania go na kolejne, podczas którego i tak nie przyzna się do zarzucanych mu czynów.

Niewątpliwą zaletą tego filmu jest to, że dzięki niemu zrozumiałem dlaczego niektórzy złamać się dali, i to, że nabrałem jeszcze większego szacunku dla tych, którzy tej nieziemskiej presji nie ulegli.

Swego czasu będąc w Budapeszcie odwiedziłem niezwykle ważne dla Węgrów Muzeum - odpowiednik naszego Muzeum Powstania Warszawskiego - Terror Haza. Ta skądinąd niebrzydka kamienica przy Andrassy Utca o ile się nie mylę była siedzibą najpierw służb specjalnych za czasów rządów regenta Miklosa Horthy'ego, następnie urzędowali w niej proniemieccy Strzałokrzyżowcy, by wreszcie po drugiej wojnie wprowadziło się do niej AVH - odpowiednik polskiego UB.

Największe wrażenie zrobiła wówczas na mnie sala, w której w półmroku ustawiony był stół, przy nim krzesła, a z ukrytego głośnika dobiegał podniesiony głos momentami przechodzący w krzyk w języku węgierskim. Na ścianie wisiała flaga Strzałokrzyżowców, a nieco w głębi na podeście obracał się manekin bez głowy z jednej strony ubrany w mundur Strzałokrzyżowca, a z drugiej w mundur funkcjonariusza AVH. Obok na ekranie wyświetlany był z kolei satyryczny filmik, na którym były strzałokrzyżowiec zrzuca swój mundur, by ochoczo z uśmiechem na twarzy przywdziać mundur awosza (funkcjonariusza AVH).

Właśnie w tej sali najmocniej odczułem grozę systemu komunistycznego, którego podporę stanowili ludzie gotowi mordować bez względu na barwy polityczne swoich mocodawców, gotowi do największego okrucieństwa, do każdej podłości, do jakiejkolwiek zdrady.

Advertisement

Customize