Home

Advertisement

Customize
clanok

November 2009

S M T W T F S
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Tags

Page Summary

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com

Jan. 2nd, 2008

clanok

Budapeszt, część 1

Zawsze, gdy na zbyt długo utknę w swoim mieście zaczynam się rozrzewniać i myślami wracać do jednego z nielicznych miejsc, które udało mi się odwiedzić, i co do których mam pewność, że mógłbym w nim zamieszkać. Nie chcę pisać o jakiejś magii tego miejsca, bo to słowo już się niemiłosiernie zdewaluowało. Każdy byle przewodnik, byle ulotka biura podróży, lichy folder zachęca do odwiedzenia magicznych miejsc, a każde miasto będące w ofercie wycieczek renomowanych biur podróży jest magiczne. W Polsce takim najbardziej magicznym miastem jest chyba Kraków, choć ja osobiście nie potrafię się nim zachwycać. A te wszystkie ckliwe piosenki, wierszyki o Krakowie trącą zwyczajnym kiczem. No ale nie o Krakowie miałem zamiar pisać.

Budapesztu nie nazwę miastem magicznym. Nie widzę w ogóle potrzeby, by określać go jakimkolwiek epitetem, które w gruncie rzeczy mają znaczenie głównie marketingowe. A nigdy mi się nie zdarzyło wyjeżdżać do Budapesztu na wycieczkę zorganizowaną przez biuro podróży. Szczerzę takich wycieczek nie znoszę. Do Budapesztu zawsze jechałem z intencją, by poczuć się w nim jak u siebie. Gdziekolwiek zresztą bym nie wyruszał, zawsze mam nieprzepartą potrzebę poczucia się jak w domu. W Budapeszcie udało mi się osiągnąć taki stan, który po całodniowych wyprawach dawał mi złudne poczucie powrotu do własnego domu, w którym muszę przygotować kolację, zajrzeć do książki, obejrzeć wiadomości - nawet jeśli są w języku węgierskim. Ostatnim razem trafiła mi się kwatera w modernistycznym bloku z dwudziestolecia międzywojennego z dziurami w ścianach i balustradach na galerii po ostrzale czołgów sowieckich z czasu powstania w 1956 r.

Budapeszt choć porównywalny z Warszawą pod względem wielkości, pod każdym innym względem jest całkowitym jej zaprzeczeniem. Wyjście z Dworca Centralnego w Warszawie na ulice Warszawy z początku stanowiło dla mnie niemal traumatyczne przeżycie. Wyjście z dworca Keleti w Budapeszcie było z kolei zachętą do wejścia w to miasto. Warszawy nie lubię, choć znam ją tylko powierzchownie. To miasto usiłuje z neoficką gorliwością udowodnić przyjeżdżającemu, że jest czymś lepszym niż w rzeczywistości, że jest miastem na wskroś europejskim, chłonącym wszelkie nowinki. Budapeszt jest inny, nie ma kompleksów, nie usiłuje niczego udowodnić, nawet pomimo tego, że nie ma rozmachu zachodnioeuropejskich stolic. I choć - jak stwierdziła kiedyś znajoma mieszkająca już kilkanaście lat w Wiedniu - Budapeszt jest poniekąd miniaturką Wiednia, to jest mu z tym dobrze i nie usiłuje neurotycznie niczego dowodzić.

Na tym stwierdzeniu przerwę opowieść, by wrócić do Budapesztu - mam nadzieję - już jutro.

Advertisement

Customize