Home

Advertisement

Customize
clanok

November 2009

S M T W T F S
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Tags

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com

Oct. 18th, 2009

clanok

Bojary

Do tego miasta najbardziej pasuje jesień. To już defintywny koniec lata, złote, żółte, czerwone, brązowe liście na drzewach owcowych w ogrodach pamiętających dwudziestolecie międzwojenne z trudem ocalałych z deweloperskiej inwazji. Ulica Próżna zachowała tylko widok na kamienicę czynszową z bladej cegły z półokrągle wykończonymi oknami, ale to formalnie już ulica Sobieskiego, zamyka jednak widok z ulciy Próżnej i daje jakieś wyobrażenie o tym, jak ta ostatnia mogła niegdyś wyglądać. Teraz zabudowano ją pseudokamienicami, które w żaden sposób dawnej atmosfery odtworzyć nie mogą, nawet nie dają jej namiastki, druga strona to relikt minionej epoki, bloki z wielkiej płyty, między którymi jeszcze do niedawna dumnie stały drewniane domki, parterowe i piętrowe, z dużymi ogrodami, nie uchowały się, prawdopodobnie nikt nie był nimi zainteresowany. Z Próżnej odbijam w Sobieskiego, na wprost kolejna cudem ocalała murowana kamienica naprzeciw wylotu Złotej, a w tej może 50 - metrowa najprawdziwsza enklawa - trzy ogromne drewniane domy, w tym jeden piętrowy, w którym po przybyciu do Białegostoku mieszkał ksiądz Michał Sopoćko. Stąd chodził na wykłady do seminarium, tymi wąskimi uliczkami spacerował i rozważał sens miłosierdzia. Swoją drogą czy mógł cokolwiek słyszeć o rodzinie Goldbergów, która tuż przed nim mieszkała w kamienicy naprzeciw? Teraz to szary, ponury, tajemniczy dom; bruk rozdzielajacy oba domy niezdarnie zalano asfaltem, tak, że prawie cała lewa strona wymknęła się paskudnej masie bitumicznej.

Jakub Goldberg był mocno zbudowanym wysokim - bo prawie dwumetrowym - mężczyzną, aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego szanowanym w lokalnym środowisku i znanym niemal w całej Europie, członkiem rady miejskiej. Bank, który odziedziczył po babci zbankrutował w czasie kryzysu po 1929 r., Jakub był jednak zaradnym człowiekiem i tuż przed wojną został przedstawicielem włoskiej firmy ubezpieczniowej.

Żona Jakuba - Bella dla odmiany była niska i drobna, zupełne przeciwieństwo męża, nie tylko fizyczne. Aktywnie udzialała się w Bundzie. Żona jednego z najbardziej prominentnych działaczy syjonistycznych pracowała jako nauczycielka języka polskiego w żydowskiej szkole z yiddish jako językiem wykładowym.

Zabrakło pewnie kilku lat, by Goldbergowie mogli się poznać z Sopoćką, co mieliby sobie do powiedzenia? Dzieliłaby ich tylko ulica, czy zapraszaliby się na obiady, kolacje? Wspólne dyskusje? O czym? Rozmawialiby o Bogu, o wierze? Goldbergowie choć sami pochodzili z chasydzkich rodzin, pomimo wszelkcih dzielących ich różnic byli wszak ateistami. Jakże to ciekawe musiałyby być dyskusje! Promotor miłosierdzia Bożego i przekonani ateiści. Ludzie wielu zainteresowań, otwarci, ciekawi świata. Przedzieliło ich kilka lat, które otworzyły pole najbardziej absurdalnemu okrucieństwu w historii ludzkości. Nie dowiemy się już nigdy, jak wyglądałyby spotkania katolickiego księdza z wyemancypowaną rodziną żydowską.

Miasto w jesiennej niedzielnej mgle, około godziny 12, nijak nie przypomina miasta z dnia powszedniego, cisza, spokój, z klatek bloków z wielkiej płyty wychodzą do kościoła przedstawiciele uboższej klasy średniej przemieszani z ludźmi wyglądającymi tak, jakby żyli na skraju ubóstwa. Z kamienicy u wylotu Złotej rzadko kiedy wychodzi ktokolwiek, z otwartych okien i balkonów sączy się brutalny gangsterski amerykański hip hop albo toporne dyskotekowe przeboje sprzed kilku lat. Tuż za kamienicą zestaw kilku bloków bez balkonów, bloki robotnicze, jeszcze nie tak dawno należące pewnie do "Uchwytów". Poza smutkiem, zgarbionymi ludźmi, o wyszarzałych, zmęczonych twarzach, przeważnie w wieku emerytalnym, niewiele tu można dostrzec. Czasem wiosną bądź latem przemkną młodzi nastoletni ludzie w kapturach, albo kilkuletnie dzieciaki w pisakownicach otoczonych owocowymi drzewami, które zdążyły już wyrosnąć na tyle, by zacienić place zabaw z prawdziwego jednak zdarzenia. Tych placów zabaw i przestrzeni między socrealistycznymi robotniczymi blokami mogą pozazdrościć mieszkańcy pobliskich - tak zwanych - apartamentowców, ekskluzywnych kamienic, o których zapomnieli włodarze miasta, bo choć wmówiono ich mieszkańcom, że wprowadzają się do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta, to nikt wydając wszelakie pozwolenia na budowę, decydując o planach zagospodarowania przestrzennego nie pomyślał o tym, że dzieci z tych nowych mrowiskowców będą także chciały się bawić w piaskownicach, zjeżdżać na ślizgawkach, kręcić na karuzelach. Tu każdą wolną przestrzeń, każdy skrawek, trzeba wyrywać na miejsca parkingowe, któych mimo podziemnych parkingów i tak brakuje.

Dalej ulicą Kraszewskiego, do ulicy Towarowej, tuż za nią kładka nad torami, jeszcze drewniana, drżąca cała pod wpływem kroków nawet jednej osboy. Dworzec Fabryczny, z którego Niemcy wywozili żydowskich mieszkanćów miasta do Treblinki. Czy stąd w ostatnią podróz wyruszyli Jakub i Bella Goldbergowie? Za dworcem rozciąga się już Wygoda, tuż obok Kościół Najświętszego Serca Jezusa, także znajdujący się na szlaku księdza Michała Sopoćki. Trwa msza, więc nie podchodzę do tablicy z krótkim opisem, mogę tu wrócić przecież w każdej chwili. Powrót także ulicą Kraszewskiego. Po prawej zielony budynek, przebudowana quasi - willa, zaadaptowana na kościół zielonoświątkowców, akurat kończy się nabożeństwo, na sposób zimowy opatulone wychodzą sympatycznie wyglądające dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Nieprzyzwyczajone do tutejszych chłodów, ale nic dziwnego - wszak rozmawiają ze sobą po angielsku. To taka ciekawa enklawa na Bojarach, a może i w całym mieście. Kilka lat temu przyjechał tu autokar pełen śniadych Brazylijczyków, Murzynków, Mulatów, oliwkowych potomków Portugalczyków i innych nacji. Codziennie zmierzali ulicą Kraszewskiego w stronę centrum, sympatycznie głośni i roześmiani, w żółto - zielonych koszulkach. Tak sympatycznie jak dzisiejsze anglojęzyczne dziewczęta, uśmiechnięte i jakoś tak kulturalnie i spokojnie ze sobą rozmawiające.

Ulicę Kraszewskiego zamyka neogotyk białostockiej katedry. W miejscu gdzie dziś u jej wylotu do Starobojarskiej stoją ceglane ekskluzywne kamienice stylizowane nieudolnie, groteskowo na XIX - wieczne czynszówki, cisnęły się jeszcze pod koniec lat 90 - tych te prawdziwe czynszówki, zupełnie bezsensownie wyburzone, nie groziły zawaleniem, ale nie opłacało się ich remontować, bo mieściły dużo mniej mieszkań niż nowe bloki, na miejscu jednej czynszówki deweloper wznosił dwie. Zysk oczywisty. Zniknął też bruk, zastąpiony oczywiście polbrukiem, w czasie którychś z wagarów idąc tą ulicą i słysząć jakiś hałas miałem wrażenie, że ulicą pędzi dorożka, teraz to byłoby już zuepłnie niemożliwe. Tylko u wylotu Kraszewskiego do Starobojarskiej uchowała się wciśnięta pomiędzy blokami kamienica z dwudziestolecia, z nadbudówką z jasnej cegły, wcale nie wygląda na onieśmieloną towarzystwem nowych pseudokamienic, apartamentowców, czy jak je zwać. To w niej mieszka pewien dziadek z wąsami, codziennie wyprowadzający na spacer psa Kubusia. Jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak czule, ale nie ckliwie, nie wymiotnie słodko rozmawiał ze zwierzęciem, a nawet z drugim człowiekiem.

Wieże katedry zamykające widok z ulicy Kraszewskiego toną we mgle. To nic, że nia ma słońca, to nic, że nie jest to złota polska jesień, z liściami skrzącymi się w słonecznych promieniach. To miasto i tak jest dziś inne niż na co dzień. Dziś wszystko wydaje się mieć swój sens. Nawet to, że Goldbergowie nie spotkali się z Sopoćką, bo to przecież jeszcze nie było to miejsce, w którym mieli się spotkać. Wszystko ma swój sens i czas, musi mieć.

*** Informację o rodzinie Goldbergów zaczerpnąłem z książki "Ester and Ruzya. How my grandmothers survived Hitler's war and Stalin's peace" napisanej przez Mashę Gessen

Sep. 1st, 2009

clanok

Warszawa

Wczoraj wychodząc z Dworca Centralnego dostrzegłem między Złotymi Tarasami a Pałacem Kultury i Nauki wieże kościoła dotychczas zupełnie mi nieznanego. W żarze lejącym się z nieba, huku i zgiełku wielkomiejskim udałem się w ich stronę. Na miejscu okazało się, że jest to wspaniały, monumentalny neoklasycystyczny kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych; tuż przy Placu Grzybowskim, z widokiem na ulicę Próżną. Plac jak i cała Warszawa jest miejscem szalenie chaotycznym, jak ze snu szalonego architekta. Budynki socrealistyczne, szpetne, funkcjonalne aż do bólu przeplatają się z robotniczymi kamienicami czynszowymi niegdyś z czerwonej cegły i neoklasycyzmem kościoła oraz bodaj jednej niskiej kamienicy. Do kościoła przylega sześcianowaty budynek mieszczący siedzibę pewnej firmy, a od strony szerokiej ruchliwej ulicy świątynię oddziela blok mieszkalny z lat prawdopodbnie 70-tych ubiegłego wieku. Nic nie pasuje do niczego, wszystko wzajemnie się wyklucza, kąsa, drażni oko.

Warszawa zawsze budziła we mnie grozę. Nigdy nie potrafiłem na nią spojrzeć inaczej niż przez pryzmat powstania warszawskiego, gruzów, zniszczeń, krwi i śmierci. I choć miałem czas, by się z nią oswoić - przez cały niemal rok 2007 musiałem jeden dzień w tygodniu przepracować właśnie w stolicy. Wiosną, latem, wczesną jesienią w pogodne dni odkrywałem okolice ulicy Chmielnej, Nowego Świata, Krakowskiego Przedmieścia, Starówkę. I coraz bardziej przekonywałem się do jej uroku, choć duszy tego miasta odkryć nie byłem w stanie. Raził mnie zawsze chaos, jakaś przypadkowość, oderwanie od korzeni, tradycji, sztuczna ciągłość. I ta bolesna świadomość wszechobecnej śmerci, tablice pamiątkowe upamiętniające egzekucje, walki, bombardowania, każdy skrawek starego muru będący świadkiem okrutnych mordów.

Wnętrze kościoła Wszystkich Świętych przy Placu Grzybowskim jest ogromne, wyskie, powściągliwe w dekoracjach, bo przecież to nie barok, ale neoklasycyzm odwołujący się do klasycznego umiaru i ładu. Z krótkiej historii wywieszonej w kruchcie wynika, że świątynia powstała w drugiej połowie XIX wieku, została ufundowana przez hrabinę Zabiełło, w roku 1904 była świadkiem masakry protestujących przeciw poborowi do armii carskiej warszawiaków, a także miejscem schronienia 'buntowszczików" przed kozakami i carskimi żandarmami oraz opatrywania rannych. W czasie II wojny kościół znalazł się w granicach getta. Ówczesny jego proboszcz - Marceli Godlewski miał udzielać schronienia Żydom oraz umożliwić wielu ucieczkę na aryjską stronę. Podczas powstania warszawskiego świątynia przez cały czas jego trwania znajdowała się w rękach powstańców. W podziemiach ukrywali się liczni cywile. I tu także nie obyło się bez tragedii, w czasie bombardowania 14 bodaj sierpnia 1944 r. część budowli uległa zawaleniu przygniatając śmiertelnie 30 osób.

Ze schodów kościoła roztacza się widok na Plac Grzybowski, w tym na ocalałe z wojennej pożogi ceglane kamienice, które w czaasie II wojny znalazły się na terenie getta. To słynna ulica Próżna, która ma przywoływać atmosferę dawnej Warszawy. Ale to złudne wrażenie, bo to tylko bodaj 6 kamienic, a dalej widok na socjalistyczne budownictwo, podretuszowane naszym nowym drapieżnym kapitalizmem, jednak bez większego efektu. Przy stolikach kafejki na parterze jednej z owych kamienic, stylizowanej na żydowską przesiaduje międzynarodowe towarzystwo - trójka młodych kobiet rozmawia ze sobą po francusku, na stoliku położyły profesjonalne aparaty fotograficzne, przy sąsiednim stoliku szczupły, o pociągłej twarzy z dużymi smutnymi oczami dziadek w czarnym garniturze i takim też kapeluszu, milczący, przy nim najwyraźniej trzy około osiemnastoletnie roześmiane wnuczki rozmawiające ze sobą także w języku francuskim.

Jak na tak małym skrawku można odtworzyć atmosferę dawnej Warszawy, dzielnicy robotniczej, czynszowych kamienic zamieszkałych w większości przez rodziny żydowskie? Intencje bez wątpienia wzniosłe, ale w tej próbie pobrzmiewa jakaś bezradność, bezsilność. Warszawa nowoczesna przytłacza, dominuje, nie dając najmniejszych szans tej dawnej. W Białymstoku jest o wiele więcej miejsc, które przechowały klimat drugiej połowy XIX wieku, pamiętających getto i tragedię, która działa się tu nieustannie przez kilka lat. Czynszowe kamienice, drewniane czy murowane domki z rozległymi ogrodami, brukowane ulice tworzą większe obszary, większe kompleksy, a nowoczesny, socrealistyczny Białystok nie był w stanie ich zdominować i przygnieść.

Na warszawskich kamienicach przy ul. Próżnej wywieszono zdjęcia rodzin żydowskich z okresu międzywojnia, zdjęcia osób nie przewidujących tragedii, która lada moment miała się wydarzyć. Twarze spokojne, uśmiechnięte, radosne, zamyślone budzą grozę, bo myśli mimowolnie biegną w przyszłość. Co się stało z tymi osobami, której z nich udało się przeżyć, a która poległa gdzieś w pobliżu? Kto został ocalony, a kto trafił do Treblinki?

Nie mogę się otrząsnąć z okropnego poczucia, że Warszawa to przede wszystkim śmierć. Nie przekounją mnie pnące się do nieba paskudne w większości szklane biurowce, centra handlowe, socrealistyczne bloki, budynki użyteczności publicznej. Całe szczęście jeszcze tego samego dnia wracam do domu.

Jul. 11th, 2009

clanok

Każdy

Drobny, zgarbiony, w wyszarzałej, niegdyś białej koszuli dziadek kurczowo trzymający się barierki nad strumkiem przy ruchliwej szosie wylotowej z miasta, na tle wyciszonej zieleni wieczornego parku z przerażeniem spogląda na pędzące szaleńczo tuż obok niego tiry. Tak drobny, tak mocno wpijający się w barierkę, że w przedwieczornej szarości prawie niedostrzegalny. Przesuwający się z trudem jakby donikąd, bo gdzież o tej porze może zmierzać starszy człowiek?

Dziewczyna w wytartych dżinsach, o bujnych brązowawych włosach, wyłonowiszy się z parku wraca do jednego ze starych domów, wzniesionych jeszcze przez fabrykanta na początku ubiegłego wieku dla swoich pracowników, nagle się odwraca i spogląda na mnie zniszczona twarz starej kobiety, mającej przecież nie więcej niż 30 lat.

Mężczyźni, których przed chwilą opuściła, siedzą na ławeczce w parku, popijając tanie wódki i wina. W oknach ich parterowych domków na tle bujnych ogrodów zapaliły się już światła. Za zasłonami żony i dzieci prawdopodobnie oglądają telewizję, a może dzieciakom udało się w tym roku wyjechać na wakacje?

Jeszcze za pałacem Hasbacha, tuż przed "bramą do innego świata" miejsca na ścieżce ustąpi mi uśmiechając się życzliwie zataczający się wąsaty meżczyzna, w oparach alkoholu unoszących się w promieniu co najmniej metra, w wybrudzonych trawą spodniach, gdy go mijam rzuca kilka uprzejmych słów.

Dalej jest już inny świat, jeszcze tyko kilkaset metrów i na tle pomarańczowego nieba tuż po zachodzie słońca, wyłaniają się strzeliste bliźniacze wieże negotyckiej fary, trochę na prawo przysadzista wieża świętego Wojciecha, niegsyś kirchy, tak zwane apartamentowce, galeria Biała, nawet szpetne wieżowce w zachodniej poświacie nie rażą tak bardzo. Za sobą zostawiłem świat, który nie ma nic z miejskiej mityczności Tuwima, nic z jego wiosenno-letniej żywotności, nie ma nic wspólnego z ulicą Towarową Gałczyńskiego.

A przecież żadna z tych osób nie jest przypadkowa, każda jest całym światem i ma swoją historię do opowiedzenia, której chciałoby się wysłuchać.

May. 23rd, 2009

clanok

Ocalony

- Wolałbym byś zadawał mi pytania, słaby ze mnie gawędziarz, nie potrafię snuć interesujących historii, a już zwłaszcza o sobie.

Na spotkanie niemal rok temu, w deszczowy i raczej chłodny czerwcowy dzień, przyszedłem kompletnie nieprzygotowany. Byłem pewien, że moja rola sprowadzi się do wysłuchania Z., zapisania najważniejszych faktów, a następnie stworzenia z nich krótkiej historii, a tu okazuje się, że mam stawiać pytania. Z. nie zdaje sobie kompletnie sprawy, że tak jak dla niego torturą jest snucie zajmujących opowieści, tak dla mnie torturą jest stawianie sensownych pytań. To nie jest przecież zwykła rozmowa starych dobrych znajomych, dzieli nas różnica wieku, to po pierwsze, ale to chyba akurat najmniejszy problem, bo dzieli nas nade wszystko przepaść doświadczeń, przeżyć i związanego z nimi postrzegania świata. Historię Z. już znam, ale nigdy nie opowiadał mi jej osobiście, a ja obiecałem jednak Julii coś w rodzaju reportażu, więc próbujemy jakoś wyjść z tego impasu.

Siedzimy jako jedyni w ogródku pod parasolem przy modernistycznym budynku z 1938 r., odremontowanym całkiem niedawno, mającym teraz dużo szkła i lekkości, nie straszącym już swoją peerelowską szarością. Kiedyś, w latach osiemdziesiątych kilka razy kupowałem tu z mamą zabawki. Teraz mieści się w nim bar, kafejka, cukiernia, sala konferencyjna i coś w rodzaju pubu w podziemiach. Siąpi delikatny deszcz. Po naszej lewej stronie pnie się ku górze smukła neogotycka fara, na wprost barokowy klasztor ze szpetną socrealistyczną przybudówką – blokiem, a dalej kojąca soczysta zieleń parku. Mokra jezdnia wzmaga tylko hałas przejeżdżających bez chwili wytchnienia samochodów i autobusów. Sporo ludzi w pośpiechu zmierza na pobliski przystanek, większość z nich to młode osoby, licealiści nadający miastu żywość, barwę i urok, dzięki nim jest radośniej. Potrafią się ubierać dużo lepiej niż tutejsi studenci, nie mówiąc już o dorosłych, a naszą uwagę przykuwają zwłaszcza dziewczęta, te w tym kraju podobnie, jak i kobiety – niezależnie od miasta – zawsze potrafiły ubierać się gustowniej niż mężczyźni.

Powoli przechodzimy do sedna. Właściwie tylko po to się spotkaliśmy. Z. prosi, by nie podawać jego danych osobowych.

- Napisz Zachariasz Aszer, to hebrajskie imiona. Cóż mogę ci opowiedzieć, tak naprawdę sam niewiele wiem. Przez długie lata poszukiwań, licznych spotkań z ludźmi, którzy mogliby coś wiedzieć, grzebania archiwach udało mi się zebrać kilka strzępów, kilka informacji, i ustaliłem trzy wersje mego ocalenia, nie wiedząc, która z nich jest prawdziwa. Matka dopiero na łożu śmierci potwierdziła, to czego domyślałem się już od dawna, ale nie podała szczegółów. Wedle pierwszej wersji blisko torów na Wygodzie przy ulicy Sienkiewicza ktoś mnie podał mojej “matce”. Według drugiej brat mojej przyszłej “matki” miał mnie przynieść razem ze starym Żydem do domu na Białostoczku. Na podwórku przed domem przejęła mnie “matka”. Ten dom już nie istnieje, stał w pobliżu dzisiejszych Zakładów Graficznych, tuż przy rzece, Białce. Po jego zbombardowaniu przenieśliśmy się na Wygodę, zamieszkaliśmy przy ulicy Kapralskiej. Trzecia wersja zawiera najwięcej szczegółów, chociaż to słowo “najwięcej” mogłoby sugerować, że jest ich wystarczająco dużo, by móc drążyć poszukiwania, ale niestety, nic bardziej złudnego. Pewien mężczyzna, który żył z moją “matką”, opowiadał swojej córce – z którą rozmawiałem, gdy ta była już dorosłą osobą – że przyniesiono mnie w nocy z Dworca Poleskiego. Uratowano mnie w ostatniej chwili z transportu, a miało to być we wrześniu 1941 r.

Moja matka była bardzo skrytą osobą, sam bym się pewnie nigdy nie dowiedział, gdyby nie sąsiedzi. Wszyscy wokół wiedzieli kim jestem, wystarczyło przecież na mnie tylko spojrzeć – kruczoczarne włosy, oczy jak węgliki, oliwkowa karnacja, ale nikt nie znał konkretów, nikt nie wiedział kim byli moi rodzice, nikt nie znał ich imion, nazwiska. Matka mówiła: Nie dowiaduj się, im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. Swoją tożsamość tak zupełnie na poważnie zacząłem odkrywać dopiero w latach 90-tych, ale nic ponad to, co ci opowiedziałem, nie udało mi się ustalić, i już się pewnie nie uda…

Zamieniamy jeszcze kilka słów na zupełnie inny tematy, deszcz wciąż siąpi, na ulicy ruch, to już zupełnie inne miasto, ci którzy wracają do niego po latach, nie poznają go. Rozchodzimy się, każdy w swoją stronę.

Mar. 28th, 2009

clanok

Widok ze wzgórza

Zdarzają się chwile, kiedy Miasto wydaje się być zupełnie nierealne, a jego kontemplowanie z wałów kościoła świętego Rocha wzniesionych na wzgórzu, na którym w XIX wieku rozlokowano cmentarz, staje się niemal mistycznym przeżyciem. Co jakiś czas odczuwam potrzebę wspięcia się na nie i wpatrywania się z wysokości w Miasto, które zdaje się fatamorganą, zwodzi, oszukuje, przybiera oblicze, którego tak naprawdę nie ma. To właśnie wtedy wpatrując się w niebo nad Miastem, w las Pietrasze na horyzoncie, na wieżowce otaczające śródmieście z każdej strony, w ocalałe jeszcze gdzieniegdzie kominy starych fabryk, mieszczańskie kamienice - zwodnicze, tak samo jak miasto widziane ze wzgórza - ozdobione od strony ulicy misternymi gzymsami, pilastrami i pastelowymi tynkami, a od strony podwórka brutalnie odsłaniające jedynie czerwone cegły i okna z widokiem na brud i błoto; wpatrując się w snujący się nieustannie u podnóża wzgórza sznur samochodów, w zieleń skweru Dziekońskiej, w parterowe murowane XIX-wieczne domy niegdyś należące do żydowskich fabrykantów, hurtowników, właścicieli magazynów, w socrealistyczne bloki, w kopułę cerkwi na Lipowej, odległe wieże kościoła Farnego i jeszcze bardziej odległa świętego Wojciecha, można dostrzec Wszystko.

Chwila taka, jak dziś, w której widok nieba tuż przed zachodem słońca, już szarzejącego przed nadchodzącym deszczem, ale jeszcze z przebłyskami rozległej jasności, szum ulic, stare kamienice sprawiają, że na krótki czas można dostrzec miasto, którego nie ma, miasto gwarnych ulic rozbrzmiewających językiem jidisz, polskim, rosyjskim, białoruskim, niemieckim. Miasto, przez którego błotniste i brukowane ulice ciągną furmanki z podmiejskich wsi wypełnione towarami na targ, a między nimi przedzierają się ze swoimi wózkami drobni handlarze materiałami żelaznymi, brodaci w chałatach i czapkach z daszkiem podobnych do maciejówek. A nad tym wszystkim czuć obecność wspólnego Boga, tego samego wtedy i teraz, którego istnienie było dla dawnych mieszkańców Miasta tak oczywiste, jak dla mnie teraz, kiedy stoję na wałach.

Ni stąd ni zowąd odzywa się dzwon ze smukłej wieży kościoła, na jego dźwięk nakłada się wygrywany na dzwonach koncert z wieży w supraskim monastyrze, który słyszałem jakieś pół roku temu. Dzwony, od dźwięku których przeszywają dreszcze, a świat wydaje się jasny, zrozumiały, przyjazny i można przez moment odczuć prawdziwą wolność i szczęście.

Zlepek wrażeń, który daje poczucie, że świat jest uporządkowany i pewność, że żadne życie ludzkie nie jest przegrane - ani staruszki, która papieską windą wjechała przed chwilą na mszę, ani dziadka o przerażająco smutnej twarzy, który ciągnął wózek z torbą, gdy wsiadałem do samochodu, a on był zupełnie sam, ani starszej kobiety, która w galerii handlowej potknęła się o kosz i zawstydzona obróconymi na nią zewsząd spojrzeniami nie wiedziała, gdzie ma się ukryć.

Zlepek wrażeń, który daje pewność, że każdy człowiek ma Znaczenie, i nikt nie musi żałować swoich wyborów, a raczej ich braku, że spotykane w życiu konieczności dokądś prowadzą i w ostatecznych rozrachunku muszą okazać się czymś dobrym.

Jan. 25th, 2009

clanok

Alytus i o litewskich krajobrazach

Lesiste i pofałdowane tereny na północ i na północny wschód od Białegostoku zawsze kojarzyły mi się z litewskim krajobrazem. Naczytawszy się o styku kultur, nie znając jeszcze Litwy właściwej, byłem pewien, że tutejszy krajobraz ma w sobie coś litewskiego - w swoim wyglądzie i w atmosferze, którą tworzy. Morenowe wzgórza porośnięte puszczą i zagajnikami z pewnością pamiętają dawnych mieszkańców tych ziem - Bałtów - czy to Litwinów, czy Jaćwingów. Na ich bytnośc tutaj wskazywałyby także nazwy wielu miejscowości - Sokołda, Trejgle, Szudziałowo, Jaświły, Jatwież Duża, by wymienić tylko kilka. Ślady po dawnych grodziskach w postaci sztucznie usypanych wzgórz, tajemnicze nie zbdane przez archeologów wzgórza, które mogą być pozostałościami po grodziskach, ale też kurhanami. Pozostałości po dworze myśliwskim Wielkiego Księcia Witolda, po którym pozostało tylko usypane ludzkimi rękami, o regularnym kształcie wzniesienie w okolicach Knyszyna, na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Dziecięca wyobraźnia zaludniała te wszystkie gaje, puszcze, wzgórza wyobrażonymi postaciami z mitologii bałtyjskiej, rycerzami, bóstwami, duchami.

I to charakterystyczne słońce, tak nieodłączne od tych miejsc - ile razy bym nie wyruszył na północ czy na północny wschód, owe wzgórza, lasy, zawsze toną w jasnym, raz to nieco mglistym, innym razem wyraźnie i ostro podkreślającym kontury słońcu.

Droga na Litwę właściwą wiedzie przez ten charakterystyczny krajobraz, najpierw prosto na północ w stronę Korycina, przez puszczę, która później okaże się być tak typową dla lasów litewskich, dalej do Suchowoli, Sztabina, Augustowa, by wreszcie odbić na północny wschód w strone Sejn, wąską asfaltową drogą przez kolejna puszczę, tym razem Augustowską, jakże odmienną od Knyszyńskiej, ale też charakterystyczną dla litewskich lasów, gdzie między smukłymi jak maszty sosnami przebijają gładkie tafle błękitnych jezior. Przed Sejnami krajobraz się zmienia, wzgórza stają się wyższe, lasów ubywa i tak jest do Ogrodnik. Po litewskiej stronie krajobraz nieco łagodnieje, ale tylko nieznacznie, i jest to jedynie pozorny spokój. Tuż za Lazdiai otwiera się ogromna przestrzeń, której prózno szukać po polskiej stronie, może jedynie w okolicach Lipska w drodze do Dąbrowy Białostockiej, ale to też nie to. Krajobraz w drodze z Lazdiai do Alytus ma dużo większy rozmach, po wspięciu się na wzgórze z szosy roztacza się widok zapierający dech w piersiach, w dole rozpościera się długa i szeroka kotlina, obramowana na horyzoncie wzgórzami - jak tylko okiem sięgnąć -porośniętymi lasem nie mającym ani początku, ani końca. Tej przestrzeni i tego rozmachu nie sposób uchwycić żadnym aparatem, żadną kamerą, każda taka próba przyniesie w rezultacie tylko jego mizerną karykaturę. Wszyscy znajomi, z którymi zdarzyło mi się jechać do Wilna, oniemieli w tym miejscu, tu rzeczywiście można zrozumieć i poczuć czym jest prawdziwy zachyt. Głęboko wierzę w to, że zapierający dech w piersiach krjobraz i piękna architektura są w stanie czynić ludzi lepszymi, tych ludzi oczywiście, którzy są na to gotowi. Nie bez przyczyny wilnianie - bez wnikania w ich narodowość, czy to Litwini, czy Polacy, czy Rosjanie, czy Białorusini - odznaczają się ogromną życzliwością, opanowaniem i spokojem.

Około 2 godzin i 45 minut jazdy samochodem i dojeżdżamy do największego miasta w drodze do Wilna. Alytus. Szóste co do wielkości miasto Litwy, 70 tysięcy mieszkańców. Malowniczo rozłożone na wzgórzach wtulających się w szeroko płynący niemal przez centrum miasta Niemen. Jadąc do Wilna można Alytus zupełnie zignorować, widząc z okien samochodu socrealsityczne budowle z wielkiej płyty, sporą blaszną Maximę i kilka stacji beznzynowych. Warto jednak na drugich bodaj światłach przed pojechaniem prosto w stronę Wilna, skręcić w lewo, do centrum. Tutaj zaczyna się inny świat, ulica wysadzona z jednej i drugiej strony szpalerem drzew, zabudowę tworzą znośne posowieckie budynki przeplatane cudem ocalałymi licznymi urkoliwymi drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach. I znowuż cudowne, jasne, intensywne słońce, zupełnie odmienne od słońca warszawskiego, lubelskiego, krakowskiego, koszyckiego czy budapesztańskiego, słońce dużo bardziej “północne”, albo z mgiełką, albo ostro wydobywające wszelkie kontury, słońce inspirujące, olśniewające, czy wręcz uduchawiające. Po prawej stronie w samym centrum miasta wyrasta piękny sosnowy las. Las w centrum miasta nie jest właściwie niczym zdumiewającym, podobnie jest w Augustowie, tylko bez tego uroku, podobnie też w Białymstoku, ale tu las jest mieszany. Parkujemy samochód przy kilkukondygnacyjnej szarej budowli, która przypomina siedzibę urzędu. W odległości kilkunastu metrów zaczyna się szeroki deptak ze stojącym na środku nowoczesnym ratuszem, wzniesionym prawdopodbnie jeszcze w schyłkowych czasach ZSRR, ale mającym w sobie coś z budowli, którą widziałem kiedyś na jakiejś pocztówce z Finlandii. Budynek niewysoki, w kształcie prostopadłościanu, ze stanowiącą jego integralną część, nienachalnie przyklejoną wieżą o krótkiej, ostrej iglicy. Naprawdę ciekawa architektura. W przeciwległym końcu deptak zamyka sosonowy las, w którym pewnie mieszczą się sanatoria i ośrodki wypoczynkowe.

Z przewodnika wynika, że w mieście nie ma wielu zabytków, ale nam wystarczają tonące w słońcu malownicze drewniane domki i odbijające słoneczne promienie bursztynowe pnie sosen. W pobliżu ma być XIX - wieczna synagoga. W sklepie z armoatycznymi herbatami i czekoladami, jasnowłosa sprzedawczyni w zwiewnej białej letniej sukience tłumaczy nam przeplatając słowa rosyjskie polskimi - jak do dojść do dawnej bożnicy. Wychodzi nawet z nami przed sklep, by dokładnie wskazać drogę. Ceglana budowla wtula się w stok zielonego wzgórza, wokół nowe domki jednorodzinne, a gdzieś w dole płynie niewdoczny z tego miejsca Niemen. Najbardziej malowniczo jednak rzeka płynie na skraju miasta po drodze do Wilna, otoczona wzgórzami porośniętymi mieszanym lasem, najpiękniej wyglądającym wczesną jesienią - rozświetlonym w słońcu wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i brązu. Drzewa stromymi zboczami schodzą ku rzece, tworząc razem z nią przepiękny widok, wywołujacy obok zachwytu uczucie niezrozumialej grozy.















Jan. 3rd, 2009

clanok

Sara. Kilka refleksji o Żydach, Polakach i Litwinach

Sara miała smutne oczy i nieco ponury wyraz twarzy, sprawiała wrażenie osoby, która znalazła się w tym czasie i w tym miejscu bardziej z poczucia obowiązku, niż z wolnego wyboru. Jako osoba inteligentna potrafiła nadać temu jednak sens. Dostała przecież pod opiekę grupę kilkunastoletnich (może 17, może 18 letnich) dziewcząt, które były święcie przekonane - zewsząd o tym słyszały - że jadą do kraju, gdzie ludzie są im wrodzy i żywią wręcz zwierzęcą wobec nich niechęć. Stąd też prośba Sary, by wytłumaczyć jej podopiecznym, że hasła, które z każdej niemal strony wyzierają na murach, na ścianach bloków, budynków użyteczności publicznej, nie są skierowane przeciw nim. I rzeczywiście przypadek sprawił, że staliśmy w tym momencie przed ścianą bloku, na której czarnym sprejem ktoś wypisał “niszcz nazizm”, nabazgrał też kilka swastyk i krzyży celtyckich na szubienicach. Szczęście nie trwało jednak długo. Tuż przy miejscu, w którym niegdyś stał dom Ludwika Zamenhofa, gorliwi troglodyci zadbali o to, by na ścianie budynku bodaj uniwersyteckiego znalazła się także gwiazda Dawida na szubienicy. Czy można było wówczas zdobyć się na powiedzenie czegoś mądrzejszego niż to, że “rozwiązaniem nie jest ukrywanie takich rzeczy”. Ukryć się nie da, a czy gdyby nie to, że Sara spostrzegła te bazgroły, ktoś z nas, by o tym tak sam z siebie powiedział? Czy jest sens tłumaczyć, że jest to margines? A jeśli nie jest?

Przez moment można było odnieść nawet wrażenie, że Sara ma swego rodzaju poczucie misji. Dostrzegalny był jakby rys tak charakterystyczny dla Szewacha Weissa. A może to tylko ten paskudny mechanizm chęci widzenia i słyszenia tego, co widzieć i słyszeć się chce?

Sara urodziła się we Lwowie, po wojnie jako dziecko trafiła do Szczecina, na ledwie pół roku, później rodzice wyjechali do Izraela. Polski rozumiała doskonale, potrafiła też rozmawiać łamaną polszczyzną, ale nie przejawiała większej ochoty do czynienia tego, wolała dużo bardziej język angielski czy rosyjski, jako języki komunikacji. Nikt nie pytał dlaczego. Aby nie urazić.

Te sprawy językowe zaprzątają mnie od czasu częstych i regularnych wyjazdów do Wilna. W tym mieście nie mając pewności z kim mam do czynienia - zwracałem się do wilnian w języku angielskim lub rosyjskim, pytanie z reguły brzmiało “czy możemy rozmawiać w języku angielskim czy rosyjskim”, pytanie o możliwość komunikowania się w języku polskim padało tylko wtedy, gdy intuicja podpowiadała mi, że mogę mieć do czynienia z osobą polskiego pochodzenia. To jakiś rodzaj podświadomej poprawności politycznej czy kulturowej. Nie wypadało przecież z góry zakładać Polakowi w Wilnie, że wszyscy władają językiem polskim, bo można tym przecież urazić Litwinów. Nonsens? Z pewnością, ale skutecznie działający. Poczucie, że Litwini mogą nas odbierać, jako potomków dawnych kolonizatorów, którzy przyjeżdżają do stolicy niepodległej Litwy i czują się, jak u siebie, przyjeżdżają jako na swoje, jakby chcieli znowu ich polonizować. Cóż z tego, że tak może uważać garstka zagorzałych nacjonalistów. W dobie wszelkiego rodzaju poprawności, wszelkie nonsensy przenikają, przesączają się w głąb tego co świadome i nieuświadomione, co jest kwestią wyboru, i co kwestią wyboru już nie jest. Nawet stojąc w kolejce do Posh Clubu padła sugestia byśmy rozmawiali między sobą po angielsku, trzech Polaków otoczonych Litwinami, być może Rosjanami, Białorusinami, pewnie też miejscowymi Polakami, osobami łączącymi kilka tych etnosów w sobie, lęka się między sobą rozmawiać po polsku, by nie wzbudzić wobec siebie niechęci. Skąd to założenie, że młodzi Litwini zareagowaliby negatywnie na nasz polski język?

Złożoną materią są te wszystkie lęki, urazy i niechęci wobec języków. Sara jednak preferowała angielski i rosyjski. I nikt nie pytał dlaczego.

Chodząc po ponurym, szarym mieście w deszczu, chłodnym wietrze, temperatura wspólnego wędrowania z każdą chwilą jednak rosła. Bariery ograniczonego zaufania powoli zaczynały kruszeć, by pod sam koniec rozpaść się w drobny mak. Pojawiło się ciepło, szczere uśmiechy, wciąż jeszcze delikatna, ledwie dostrzegalna, ale jednak zawsze nić sympatii.

- Czy mogę ci zadać pytanie? Jeśli będzie zanadto prywatne nie odpowiadaj na nie proszę. Skąd to twoje zainteresowanie Żydami?

Odpowiedź mogła być tylko banalna - czy mieszkając w mieście, którego żydowscy mieszkańcy stanowili niegdyś ponad 50% społeczności, można nie interesować się kultura i historią Żydów? Czy można ją wypreparować, wyciąć, jak wrzód z historii miasta? Czy mieszkając w Polsce można nie być ciekawym dziejów ludu, który zamieszkiwał ten kraj od ponad 800 lat? Czy będąc chrześcijaninem można nie być ciekawym judaizmu?

Wielce możliwe, że oczekiwała zupełnie innej odpowiedzi. Wielce możliwe, że niewyobrażalnym wydawało się jej zainteresowanie tym, czego nie można uczynić wewnętrzną cząstką siebie.

Dec. 6th, 2008

clanok

Historia pewnej wycieczki

Wcześniej raptem raz zdarzyło mi się oprowadzać z pewnym znajomym międzynarodową grupę wolontariuszy po miejscach związanych m.in. z kulturą żydowską w Białymstoku. Tym razem miałem o wiele trudniejsze zadanie, a mianowicie oprowadzenia 16 - osobowej grupy młodzieży żydowskiej i polskiej, z nauczycielką z Izraela i dwiema nauczycielkami z Polski. Nie jestem ani wykwalifikowanym ani niewykwalifikowanym przewodnikiem, ani też gawędziarzem, wszelkie przemowy i wystąpienia publiczne bardziej mnie stresują niż sprawiają przyjemność. Szedłem na spotkanie pełen napięcia, niepewności, niepokoju, ale wszystkie te wątpliwości musiałem zostawić przed drzwiami liceum, w którym się umówiliśmy.

Pogoda zdecydowanie nie sprzyja spacerom, szaro, pochmurno, zimno, bez najmniejszego przebłysku słońca czy ciepła, nie mogący się zdecydować czy ma padać czy przestać deszcz. Ulicą Jurowiecką wkraczamy na teren dawnego getta, w miejscu, w którym stała kiedyś jedna z bodaj trzech bram getta, a którą w czasie powstania wjeżdżały niemieckie czołgi. Dalej zmierzamy w stronę ulicy Czystej, by pokazać gościom dom, w którym w getcie mieszkał Samuel Pisar - prawnik i ekonomista, doradca amerykańskich prezydentów, nominowany także do Nagrody Nobla. Kroczymy po bruku pamiętającym okropieństwa czasów pogardy, po prawej stronie część aryjska, po lewej domy będące już za zasiekami, po tej "gorszej" stronie. Z trudem między kocimi łbami, w brudnych kałużach odnajdujemy drewniane pozostałości bramy getta. Przechodnie przyglądają się nam ze zdumieniem, kierowcy z przejeżdżających samochodów także. Następnie kierujemy się w stronę cmentarza getta - obecnie plac Mordechaja Tenenbauma - dowodzącego w czasie powstania w białostockim getcie. Tu opowiadam historię pewnego Żyda uratowanego z białostockiego getta przez Polkę. Ów człowiek jako niemowlę został oddany przez swoich rodziców pewnej prostej kobiecie, Polce, która nie znała nawet tożsamości jego rodziców, a całą prawdę o jego pochodzeniu wyjawiła dopiero na łożu śmierci. Do dziś bezskutecznie próbuje poznać historię swoich rodziców i odtworzyć własną tożsamość. Z Placu Mordechaja Tenenbauma wyruszamy do jednej z trzech ocalałych synagog przy ulicy Waryńskiego, w której mieści się obecnie Galeria im. Ślendzińskich. Tuż obok niej uchowała się kamienica z końca XIX lub początku XX wieku. Przez otwartą żeliwną bramę wchodzimy na podwórze i tu jakbyśmy się przenieśli w czasie - naprzeciw nas wyrasta wysoki gmach dawnej szkoły żydowskiej, a z dwóch stron otaczają nas skrzydła owej kamienicy, nad nami wznoszą się drewniane galerie i balkony, wszystko wygląda tak, jak sto lat temu, i jak w czasach getta. Proponuję wejście na klatkę schodową, z góry po wąskich kamiennych schodach schodzą dwie mieszkanki kamienicy, które na wszelki wypadek pytamy o możliwość obejrzenia klatki. Wspinamy się po schodach na 3 kondygnację. W ciszy, powoli, by nikt nas nie usłyszał kontemplujemy wnętrza, które z pewnością wiele widziały i wiele pamiętają. Istna podróż w czasie!

Pogoda, ograniczony czas wycieczki nie sprzyjają głębszemu poznaniu jej uczestniczek, bo to grupa samych dziewcząt i nauczycielek, krótkie powierzchowne rozmowy, a chciałoby się w ciszy, spokoju, w cieple porozmawiać z każdą z osób. I z przesympatyczną Żydówką mieszkającą w kibucu, której rodzice pochodzą z Maroka i Hiszpanii, i z melancholijną blondynką o niebieskich oczach, która przypomina mi dziewczynę wielokrotnie widywaną już gdzieś w Białymstoku.

Opiekunka młodych Żydówek doskonale rozumie język polski, ale nie rozmawia w nim, nie pytam o powody, komunikujemy się w języku angielskim i rosyjskim. Dowiaduję się, że urodziła się we Lwowie. Sporo wie o Białymstoku, zwłaszcza o jego historii. Prosi bym mówił także o współczesnej rzeczywistości Polski, bym wytłumaczył, że napisy, które mijamy na ścianach nie są skierowane przeciw nim, i mamy szczęście, bo akurat pierwsze napotkane napisy i bazgroły na ścianach bloku - to swastyki i krzyże celtyckie na szubienicach, ale szczęście opuszcza nas tuż obok miejsca, w którym stał dom, w którym urodził się i spędził dzieciństwo Ludwik Zamenhof. Tu na ścianie jednej z kamienic Sara odnajduje gwiazdę Dawida na szubienicy. Zaczynam się tłumaczyć, że to też się zdarza, że nie sposób tego uniknąć, że tacy ludzie też są w Polsce, że to prawdziwy problem. Oboje też dochodzimy do wniosku, że nie można tego ukrywać i udawać, że się takich gwiazd Dawida na szubienicach nie widzi, że ich nie ma, że wszystko jest OK. Ale robi się i tak smutno.

Po drodze spotykamy jeszcze Świętego Mikołaja, dla dziewcząt z Izraela to rzadki widok i wielka atrakcja. Pytam młodego człowieka czy możemy z nim zrobić zdjęcie, ten się chętnie godzi.

Później już tylko chwila zadumy przy spalonej przez Niemców Wielkiej Synagodze, w której - w zależności od źródła - niemieccy żołnierze spalili żywcem od 1000 do 2000 Żydów.

Jul. 8th, 2008

clanok

Niedzielna podróż

Niepewna pogoda, raz słońce, raz deszcz, chmury krążą wokół, ale nie sposób cały dzień wytrzymać w domu. To w końcu letnie deszcze, a poza tym może już nie będzie padać. Kusi mnie, by pojechać do Pasynek, przez Dojlidy, Zwierki; nie ma co zwlekać, wyruszam! Z centrum w niedzielę nie jest trudno przedrzeć się za miasto. Ścieżka rowerowa prowadzi aż do samych Dojlid, później trzeba wyjechać już na asfalt, można jeszcze przejechać przez urokliwy park przy pałacu Lubomirskich, ale to tylko kilkaset metrów jazdy w bujnej zieleni i nad stawami, szybciej jednak będzie ruchliwą ulicą, park zostawiam na inny raz.

W kolonii Dojlidy decyduję się zawrócić - za duży ruch na trasie zabłudowskiej, która jest za wąska dla rowerów i samochodów, przydałaby się i tu ścieżka rowerowa. No i przerażająca ilość wypadków, tak jak zresztą na każdej polskiej szosie. Więc zawracam, przebijam się przez całe miasto, by dojechać do ścieżki rowerowej prowadzącej do Supraśla. Wydaje się być za wąska, a warstwa asfaltu za cienka, nie wiadomo jak długo będzie służyć rowerzystom, ale póki co można dzięki niej dotrzeć do samego Supraśla, nie zjeżdżając na szosę, na której ruch jest ogromny. To, że rowerzyści nie muszą zjeżdżać na szosę, nie oznacza, że nasi wspaniali kierowcy nie zjeżdżają na ścieżkę rowerową, która biegnie w odległości kilku metrów od szosy. W dwóch miejscach na ścieżce leży potłuczone szkło z szyb i świateł samochodowych. Najprawdopodobniej ktoś nie wyrobił się na zakręcie, dachował i wylądował na ścieżce, mam nadzieję, że nie jechał wówczas żaden rowerzysta - w niedziele i soboty ruch na ścieżce jest spory.

Tymczasem pięknie świeci słońce, zaczyna się pofałdowany krajobraz, na horyzoncie widać Puszczę Knyszyńską. Wspaniale zjeżdża się z góry tuż za Jaroszówką, dalej za Ogrodniczkami czeka mnie ciężki podjazd na kolejną górę, właściwie górkę, bo to przecież niziny, choć tu już można powiedzieć, że zaczyna się Wysoczyzna Białostocka. Wjazd pod całkiem stromą górką nie jest łatwy, wymaga wiele wysiłku, ale zostaję wynagrodzony - na ławeczkach dla utrudzonych rowerzystów dostrzegam zjawiskowo wręcz piękną dziewczynę - niewysoką, szczupłą, o długich niemal do pasa, bujnych włosach koloru ciemny blond, nieco rozwianych od jazdy na rowerze. Ubrana jest na czarno, ale ta czerń dodaje jej tylko uroku. Przysiadła najwyraźniej zmęczona rowerową wspinaczką pod górę. Rozmawia przez telefon, a ja wykorzystuję chwilę, by nasycić się rzadko spotykanym pięknem i typem urody.

Dalej już tylko zjazd, i kilka kilometrów przez Puszczę do samego Supraśla. W Supraślu rozczarowanie, jak na miasto uzdrowiskowe pustki, mijam dawny kościół ewangelicki, dalej kościół katolicki, skręcam w lewo w uliczkę prowadzącą do Rynku, przejeżdżam obok zabytkowych domów tkaczy i wjeżdżam na Rynek zalany słońcem, ale niemal bez ludzi, co zdumiewa tym bardziej, że jest niedziela, początek lipca, świeci słońce i jest ciepło. Postanawiam pojechać na cmentarz ewangelicki, by sfotografować neogotycką kaplicę fabrykantów z XIX - wiecznego Supraśla. Ale nie zdążę - dzwonią koledzy i chcą bym pojechał razem z nimi na wycieczkę. Proponuję podróż do Zagruszan i Pasynek. Cmentarz ewangelicki odkładam na inny czas, w Supraślu i tak bywam często, a po samotnej jeździe jestem spragniony kontaktu ze znajomymi. Wracam z powrotem, tą samą ścieżką rowerową, po drodze przez kilka chwil kropi delikatny deszcz.

Spotykamy się w centrum Białegostoku, i razem ruszamy znowu w stronę Zwierek, w grupie jest raźniej i nawet szosa zabłudowska nie wydaje się już taka straszna, jak wcześniej. Życie i tak roi się od wszelkich niebezpieczeństw, nie sposób go jeszcze dodatkowo ograniczać strachem przed potrąceniem na ruchliwej trasie, zwłaszcza, że szosa zabłudowska ma w sobie jakiś nieodparty urok. Natężenie ruchu, licznie mijające nas samochody; ich pęd, prędkość, kształty, rozbudowujące się miasto i wsie z całkiem estetycznymi domami, budynkami firm przy drodze, są uosobieniem gwałtownie dokonującej się modernizacji, a wokół dla kontrastu roztaczają się piękne widoki na pola, lasy, łąki, wsie. To wszystko tworzy razem interesujące zestawienie, mające w sobie coś pociągającego. Trudne do opisania i uzasadnienia poczucie zachwytu nad połączeniem nowoczesności i prostoty  towarzyszy mi zawsze i jedynie na tej trasie.

Docieramy do Zwierek - miejsca urodzenia świętego Cerkwi Prawosławnej - młodzieńca Gabriela. Sam choć nie jestem wyznawcą prawosławia, w ogóle trudno mnie nazwać osobą głęboko religijną, uważam, że to jakaś nieuchwytna wyjątkowość miejsca urodzin Świętego sprawia, że tak chętnie tu wracam i odczuwam za każdym razem, kiedy tu jadę, kiedy tu jestem, coś niewyjaśnialnie przyjemnego, niecodziennego, nienazwanego, co każe mi wracać. Ilekroć przejeżdżam przez Zwierki zastanawiam się, w którym miejscu mógł stać dom, w którym urodził się święty młodzieniec, w którym z istniejących obecnie domów mieszkają ludzie spokrewnieni z Nim.

Za Zwierkami, skręcamy z prawo i jedziemy do Zagruszan i Pasynek. W Pasynkach naszą uwagę, jak zwykle przykuwają bociany siedzące w gniazdach i na lampach. Mówimy "dzień dobry" do siedzących na ławce starszych panów, którzy uprzejmie nam odpowiadają. Od północy nadchodzi ciemna, deszczowa chmura, niemal burzowa, jeden z kolegów naciska byśmy wracali, nie udaje mi się ich przekonać, by pojechać przez las do nieodległego Zabudowa i tam schronić się przed deszczem. Jeszcze rzut oka na dwie stojące obok siebie w cieniu starych drzew kapliczki - jedna z wygrawerowaną inskrypcją w języku starocerkiewno - słowiańskim, druga w języku polskim, prawosławna i katolicka, tak charakterystyczne dla wielu wsi Białostocczyzny.

Podjeżdżamy jeszcze na chwilę do starego wiatraka stojącego samotnie w odległości kilkuset metrów od wioski, w szczerym polu.

***Zdjęcia z wcześniejszych podróży do Zwierek i Pasynek zamieściłem w innym blogu:

http://wschody.blogspot.com/2008/06/podr-do-pasynek.html
http://wschody.blogspot.com/2008/06/podr-do-zwierek.html

Ciemna chmura jest coraz bliżej. Przyspieszamy, znowu wystraszymy na skraju Pasynek szare, pierzaste, urocze gąski na fermie, które zobaczywszy nas zaczną uciekać w stronę zabudowań. Czeka je marny los, zastanawiam się czy kiedykolwiek będę mógł zjeść mięso z gęsi. Za chwilę miniemy Zagruszany, jesteśmy już w Zwierkach, teraz nie pojedziemy asfaltem, pod wieczór zwiększa się ruch na szosie. Tym razem pojedziemy polną drogą do Łubnik, urokliwej wioski z licznymi drewnianymi domami o dwuspadowych dachach i brukowanej drodze prowadzącej przez wieś. Za Łubnikami wjeżdżamy do lasu, kierujemy się w stronę Skrybicz. Ze Skrybicz mamy już niedaleko do Halickich, przed samymi Halickimi dopada nas deszcz, krople są coraz większe, jest ich coraz więcej aż w końcu leje jak z cebra. Docieramy do zadaszenia przy sklepie. Zadaszenie ma najwyraźniej chronić popijających piwo pod sklepem właśnie przed deszczem. Na ławeczkach siedzą trzej panowie, jeden z nich już śpi. Żartobliwie pytamy czy wszyscy się zmieścimy. Nawiązujemy rozmowę. Śpiący pan nie zauważa oczywiście naszej obecności, dwaj pozostali starsi panowie chętnie wdają sie w rozmowę. Dobrzy, uczynni ludzie, potrzebujący rozmowy i kontaktu z drugim człowiekiem, jak niemal każdy. Jeden z nich jest być może samotny, drugi ma żonę, synów, wnuki, ale ci podjechawszy pod sklep, jakby go nie zauważali, ani synowa przejawia ochoty do rozmowy z nim, ani 3 - letni wnuczek nie wykazuje zainteresowania dziadkiem. Dziadek nie daje jednak po sobie poznać, że jest mu przykro, uśmiecha się, próbuje zabawiać wnuczka, zagaić rozmowę z synową z synami, wszystko na nic, wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Piwo najwyraźniej pozwala łatwiej znieść ból. Drugi pan nie opowiada o sobie, w przeciwieństwie do dziadka, ale chętnie wdaje się w rozmowę o wnuczku swojego kolegi, o grzybach, jagodach, o pogodzie, o deszczu. Momentami mówią jeden przez drugiego.

- Mieszkałem kiedyś w Białymstoku - opowiada dziadek - na Jagiellońskiej, na stancji, u prawosławnych, to kulturne ludzie byli, dobrzy ludzie. I właścicielka domu oduczyła mnie palić, panie. Widziała jak dzień w dzień paliłem paczkę papierosów i powiedziała - rzuć to palenie, choć coś ci pokażę. I zaprowadziła mnie do piwnicy, a tam stał gąsiorek z winem. I powiedziała - jak rzucisz palenie, to będziesz mógł od czasu do czasu napić się tego wina. A że było dobre, to panie oduczyłem się palić, i od tamtej pory nie palę, u mnie w domu nie można palić.

Dobrzy ludzie, ale jednak za dużo alkoholu jest w ich życiu, alkoholem zagłuszają samotność, rozpacz, smutki. Przestaje padać, po niemal godzinnej rozmowie żegnamy się z naszymi towarzyszami niedoli i odjeżdżamy w stronę Białegostoku, mamy już niedaleko, oby tylko znowu nie zaczęło padać.

May. 20th, 2008

clanok

Polska wiernym sojusznikiem Izraela

Wszystko wskazuje na to, że Polska zalicza się w ostatnich latach do jednego z najwierniejszych sojuszników Izraela, obok Stanów Zjednoczonych i Niemiec. I to może tylko cieszyć. Najwyższy czas byśmy mieli dobre relacje z narodem, który powinien - ze względu na historię, ale też względy natury kulturowej - być jednym z najbliższych nam narodów.

Świetnego wywiadu na temat relacji polsko - izraelskich udzielił dla sobotnio - niedzielnej a "Rzeczpospolitej" prezydent RP - Lech Kaczyński. Pomimo tego całego wykształciuchowskiego jazgotu (tak, wierzę w to, że gatunek ludzki o nazwie wykształciuch istnieje, i nie ma on nic wspólnego z inteligencją), nagonek na prezydenta, trzeba przyznać, że politykę zagraniczną, zwłaszcza w odniesieniu do Izraela czy w kierunku wschodnim, prowadzi wyśmienitą. Lech Kaczyński na pytanie Piotra Zychowicza:

"W jednym z wywiadów udzielonych niegdyś izraelskiej prasie powiedział pan prezydent, że Polacy i Izraelczycy są jak bliscy krewni."

odpowiedział w następujący sposób:

"Bo tak w istocie jest. Przez osiemset lat duża część narodu żydowskiego żyła w ówczesnej Polsce. (...) W ciągu tych ośmiu wieków Żydzi budowali tu swoją tożsamość i rozwijali swoją kulturę. Żydowskie oświecenie, żydowskie ruchy polityczne m.in. syjonizm - oraz religijne, jak chasydyzm, rodziły się właśnie w Polsce. To tutaj mieszkali najwięksi żydowscy rabini i najbardziej znani cadykowie. Żydzi zajmujący się uprawą roli, a także tacy, którzy przeszli do stanu szlacheckiego."

Dalej prezydent mówił:

"Od XIX wieku na większą skalę rozpoczął się proces asymilacji Żydów i zwiększanie ich udziału w życiu społecznym, w tym w rodzącym się ruchu narodowo-patriotycznym.

Warto przy okazji wspomnieć o ich udziale w polskich zrywach narodowych, na przykład o słynnym Berku Joselewiczu, pułkowniku wojska polskiego, uczestniku powstania kościuszkowskiego, a następnie armii Księstwa Warszawskiego (poległ w wojnie z Austrią 1809 roku), czy o żydowskich członkach Gwardii Narodowej podczas powstania listopadowego oraz o istotnym udziale Żydów w powstaniu styczniowym. Leopold Kronenberg, przywódca stronnictwa Białych przed powstaniem 1863 r., był przecież pochodzenia żydowskiego. Ktoś mógłby powiedzieć, że tak było i w innych narodach. Zgoda. Ale nigdzie nie odbywało się to na tak dużą skalę."


Cały wywiad opublikowany pod znamiennym tytułem "W Izraelu czuję się jak w domu" powinien być dostępny na tej oto stronie:

http://www.rp.pl/artykul/135271.html

Wydaje się, że stopniowo relacje polsko - żydowskie, w wielu wymiarach wciąż jeszcze skażone licznymi negatywnymi stereotypami, ulegają znaczącej poprawie, na szczeblu władz najwyższych już są bardzo dobre, teraz pozostaje pole dla działań obywatelskich.

Sam razem z kolegami wpadłem na pomysł, by utrwalać ślady obecności Żydów w historii Białegostoku za pomocą aparatu fotograficznego i słowa. Owoce naszej pracy opatrzone komentarzem w języku angielskim publikuję na anglojęzycznym blogu.

Żydów podobnie zresztą jak i mieszkających tu Białorusinów, Rosjan, Tatarów, potomków Niemców postrzegam może nieco naiwnie, sentymentalnie i w sposób egzaltowany, jako moich braci. Idea braterstwa narodów, choć nieco zdewaluowana przez werbalne jej nadużywanie, jest mi szalenie bliska, dlatego też mądre i ciepłe słowa wypowiedziane przez mojego prezydenta, wnoszące zupełnie nową jakość do relacji polsko - żydowskich uważam za niezwykle ważne. Najwyższa pora, by doprowadzić do prawdziwego, szczerego, uwarunkowanego względami historycznymi i kulturowymi, pojednania między tymi dwoma narodami.

May. 12th, 2008

clanok

Koncert czterech narodów

Zupełnie nie przez przypadek trafiłem kilka dni temu na koncert czterech narodów zorganizowany w ramach białostockich juwenaliów. Odmłodziłem się dzięki temu o kilka lat, a poza tym nie mogłem ominąć koncertu o takiej jednoczącej wymowie. Miały wystąpić zespoły z Litwy, Ukrainy, Białorusi i Polski. W tym zapyziałym mieście to naprawdę nie takie zwyczajne i codzienne wydarzenie. I choć musieliśmy stać w błocie, co chwilę padającym deszczu i chłodzie dobrych 5 godzin, to było warto. Było warto choćby z tego względu, by poczuć wspólnotę z młodymi Białorusinami, którzy wbrew wszelkim trudnościom natury urzędowej i pogodowej dotarli na koncert i sterczeli razem z nami w błocie pod sceną bitych kilka godzin.

Polskie supporty sobie darowaliśmy, choć trafiliśmy jeszcze na występ polskiej kapeli, której muzycy za wszelką cenę chcieli się upodobnić do Limp Bizkit, i muzycznie i wizualnie. Takich zespołów są niestety tysiące, i gitarowe rzężenie, nie wnoszące nic nowego, większego wrażenia wywrzeć niestety nie może, nawet mimo usilnych starań wokalisty, który jak tylko potrafił najlepiej mizdrzył się i kadził publiczności.

Całe szczęście tuż po owej kapeli – nie pamiętam niestety jej nazwy, i to chyba dobrze, bo taki powinien być los wtórnych i naśladowczych zespołów na scenie pojawił się litewski zespół – Żalvarinis. Na samym początku zwróciliśmy uwagę na trzy urodziwe wokalistki, które jak się później okazało oprócz urody dysponowały przede wszystkim niezwyczajnymi walorami głosowymi. Ze swoimi bujnymi włosami niemal do pasa, wyglądały jak wróżki z litewskich opowieści sięgających jeszcze czasów średniowiecza. Żalvarinis świetnie łączy mocne gitarowe granie z elementami litewskiego folkloru. Brzmi to naprawdę świeżo i ciekawie. Czegoś podobnego nie zdarzyło mi się jeszcze słyszeć. Ukraiński, białoruski folk z elementami rocka owszem, ale litewski po raz pierwszy.

Na tej stronie są do pobrania pliki audio utworów Żalavarinisu, gorąco polecam!

http://www.wschodnifolk.com/litwa.html#zalvarinis

Po gościach z Litwy wystąpił ukraiński zespół Flit, bez którego podobno pomarańczowa rewolucja nie odbyłaby się. Ten gatunek muzyczny nazywam słowiańskim rockiem z elementami słowiańskiego punka. Ostre, szybkie, mocne gitarowe granie, ciekawie brzmi w połączeniu z językiem ukraińskim. Zachęcam do odwiedzenia strony zespołu:

http://www.flit.net.ua/

Po grupie z Ukrainy zgodnie z planem miał wystąpić białoruski zespół N.R.M., ale panowie mieli trudności z przekroczeniem granicy, była nawet obawa, że w ogóle nie dotrą, więc wystąpił polski zespół Bracia. I choć “Braci” lubię, to lepiej byłoby, gdyby wystąpił polski zespół bardziej pasujący do konwencji koncertu, może Kapela ze wsi Warszawa? Ale nie ma co gdybać, bo wystąpili Bracia, którzy udowodnili, że są sprawnym muzycznie i wokalnie zespołem. Możliwe, że jest to zespół bardziej z pogranicza solidnego muzycznego, rockowego rzemiosła, ale to przecież nic złego. Na koncertach brzmią mocno i dobrze się ich słucha.

Po godzinnym graniu Braci okazało się, że białoruski zespół dotarł szczęśliwie do Białegostoku i da koncert. W czasie, gdy panowie rozkładali się i stroili na scenie goście z Białorusi, a pewnie także i grupka naszych polskich Białorusinów rozwinęła biało – czerwono – białe flagi i koncert ruszył pełną parą! Prawdę mówiąc nie jestem fanem wokalisty N.R.M. – ma zbyt piskliwy i skrzeczący głos, jak na mój gust, ale tu nie o głos wokalisty idzie, lecz o przesłanie granej przez Białorusinów muzyki. I ballada o Mińsku, tj. o “dwóch miastach”, w jakich przyszło żyć tym Białorusinom, którym w państwie Aleksandra Łukaszenki jest nieco duszno i ciasno, wywarła na mnie ogromne wrażenie: zielony park, kwiaty w parku, pałujący milicjanci, omonowcy w kominiarkach, to zdecydowanie za dużo, jak na jedno miasto.

Na tej stronie można posłuchać N.R.M. – http://www.lastfm.pl/music/N.R.M.

Podsumowując, cudownie było posłuchać tych wszystkich zespołów, rozbrzmiewającego pod sceną języka białoruskiego sporej grupy gości z Białorusi, nawet w strugach deszczu, błocie i chłodzie, oby takich koncertów było więcej i oby ludzie rozumieli ich ideę.

May. 11th, 2008

clanok

Burzmy wszystko co stare

Miałem pisać o świetnym koncercie czterech narodów, który odbył się w sobotę w ramach białostockich juwenaliów, ale w międzyczasie wzburzyło mnie nieco inne wydarzenie, więc o samym koncercie napiszę następnym razem, a tymczasem do rzeczy!

Otóż, jak donosi białostocka Gazeta Wyborcza http://miasta.gazeta.pl/bialystok/1,37227,5197857.html

bodaj w piątek płonął w Białymstoku jeden z już nielicznych ocalałych drewnianych budynków z końca XIX lub początku XX wieku. Wydawałoby się, że to nic nadzwyczajnego, kolejny płonący drewniany budynek. Tyle, że w tym mieście, które ze swej dawnej tkanki zachowało naprawdę niewiele, i w krajobrazie architektonicznym, i w duszach mieszkańców, i w strukturze narodowościowej czy społecznej, to jednak wydarzenie dość ważne.

Po pierwsze, ubył kolejny zabytkowy budynek, który z jakichś przyczyn za zabytek uznany nie został.

Po drugie dziwnym trafem, często, by nie powiedzieć niemal regularnie płoną w Białymstoku stare drewniane, a i nie tylko drewniane budowle, które stoją na gruncie będącym własnością miasta. Scenariusz z reguły wygląda w następujący sposób:

- najpierw z budynku wysiedlani są jego lokatorzy, później budynek płonie, a następnie nie opłaca się go remontować, więc się go burzy, a działkę sprzedaje się prywatnemu inwestorowi, który stawia na niej kolejne bezstylowe i szpetne bloki. A jako winnych podpalenia, a raczej zaprószenia ognia, przedstawia się bezdomnych, dzikich lokatorów.

W ten sposób płonęły liczne drewniane domki na Bojarach, które jako cała dzielnica tak na dobrą sprawę powinny zostać uznane za zabytek. Sam też pamiętam jak w płonął zabytkowy (choć formalnie uznany za zabytek chyba nie był) murowany budynek z XIX wieku przy najbardziej reprezentacyjnej ulicy XIX-wiecznego miasta – Warszawskiej. Oczywiście także został wyburzony, działka sprzedana, a na działce postawiono bloki.

Ale to wszystko jest pewnie kwestią czystego przypadku. Miasto ma działki, bezdomni zaprószają ogień w budynkach, w których mogą schronić się przed śniegiem, mrozem, chłodem i deszczem, a inwestorzy mają działki. Nic nadzwyczajnego.

Pamiętam jak kiedyś zdarzyło mi się czytać o włodarzach miasta z czasów PRLu, którzy przyjechawszy ze wsi do miasta (nie mam Broń Boże, nic przeciwko ludziom ze wsi), by zmienić jego oblicze, zanadto przypominające im wieś ze względu na zbyt dużą ilość drewnianych domków, lekką ręką wydawali decyzje o ich burzeniu, a na ich miejscach ochoczo wznosili nowe osiedla z wielkiej płyty, z 11 – piętrowymi wieżowcami! W ten sposób mieli podobno rekompensować sobie kompleks pochodzenia, tak to widzieli miejscowi socjologowie.

Później pod koniec lat 90-tych część lokalnej społeczności podjęła walkę o zachowanie starych Bojar – dzielnicy drewnianych starych domków niemal w sercu miasta, otoczonych bujnymi i rozległymi ogrodami, niczym na wsi. Większość jednak mieszkańców “wielkiego miasta” uznała owych zapaleńców za nieszkodliwych dziwaków, a w myśl zasady “psy szczekają, a karawana idzie dalej” decydenci dalej robili swoje, tyle że już w “demokratycznym państwie prawa”.

Teraz już mało kto walczy o zachowanie starej zabudowy Białegostoku, w porównaniu z warszawską, krakowską, lubelską, toruńską czy jakąkolwiek inną jest zwyczajnie obciachowa, miejscowa klasa średnia nie po to ściągnęła do stolicy makroregionu, by nadal mieszkać w prowincjonalnym miasteczku, trzeba więc stawiać bloki, apartamentowce, jak najszybciej, i jak najwięcej. I to jest zrozumiałe, szkoda tylko, że odbywa się kosztem starej zabudowy, bez względu na to, jaka ona jest. Te cenniejsze kamienice zostały zniszczone – Białystok został zburzony w bodaj 80% w czasie II wojny światowej. Warto więc chronić to, co pozostało, i co przypomina o wielokulturowej przeszłości miasta – w tym domu, który płonął w piątek widniały jeszcze ślady po mezuzach (pojemniczkach, w których znajdowały się karteczki z wersetami z Tory) - nawet, jeśli nie są to okazałe budowle. Białystok był miastem robotniczym i zdecydowaną większość zabudowy stanowiły skromne budowle, ale innych mamy niewiele, więc warto dbać i o te pozornie niepozorne.

Advertisement

Customize