Home

Advertisement

Customize
clanok

November 2009

S M T W T F S
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Tags

Page Summary

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com

Jul. 8th, 2008

clanok

Niedzielna podróż

Niepewna pogoda, raz słońce, raz deszcz, chmury krążą wokół, ale nie sposób cały dzień wytrzymać w domu. To w końcu letnie deszcze, a poza tym może już nie będzie padać. Kusi mnie, by pojechać do Pasynek, przez Dojlidy, Zwierki; nie ma co zwlekać, wyruszam! Z centrum w niedzielę nie jest trudno przedrzeć się za miasto. Ścieżka rowerowa prowadzi aż do samych Dojlid, później trzeba wyjechać już na asfalt, można jeszcze przejechać przez urokliwy park przy pałacu Lubomirskich, ale to tylko kilkaset metrów jazdy w bujnej zieleni i nad stawami, szybciej jednak będzie ruchliwą ulicą, park zostawiam na inny raz.

W kolonii Dojlidy decyduję się zawrócić - za duży ruch na trasie zabłudowskiej, która jest za wąska dla rowerów i samochodów, przydałaby się i tu ścieżka rowerowa. No i przerażająca ilość wypadków, tak jak zresztą na każdej polskiej szosie. Więc zawracam, przebijam się przez całe miasto, by dojechać do ścieżki rowerowej prowadzącej do Supraśla. Wydaje się być za wąska, a warstwa asfaltu za cienka, nie wiadomo jak długo będzie służyć rowerzystom, ale póki co można dzięki niej dotrzeć do samego Supraśla, nie zjeżdżając na szosę, na której ruch jest ogromny. To, że rowerzyści nie muszą zjeżdżać na szosę, nie oznacza, że nasi wspaniali kierowcy nie zjeżdżają na ścieżkę rowerową, która biegnie w odległości kilku metrów od szosy. W dwóch miejscach na ścieżce leży potłuczone szkło z szyb i świateł samochodowych. Najprawdopodobniej ktoś nie wyrobił się na zakręcie, dachował i wylądował na ścieżce, mam nadzieję, że nie jechał wówczas żaden rowerzysta - w niedziele i soboty ruch na ścieżce jest spory.

Tymczasem pięknie świeci słońce, zaczyna się pofałdowany krajobraz, na horyzoncie widać Puszczę Knyszyńską. Wspaniale zjeżdża się z góry tuż za Jaroszówką, dalej za Ogrodniczkami czeka mnie ciężki podjazd na kolejną górę, właściwie górkę, bo to przecież niziny, choć tu już można powiedzieć, że zaczyna się Wysoczyzna Białostocka. Wjazd pod całkiem stromą górką nie jest łatwy, wymaga wiele wysiłku, ale zostaję wynagrodzony - na ławeczkach dla utrudzonych rowerzystów dostrzegam zjawiskowo wręcz piękną dziewczynę - niewysoką, szczupłą, o długich niemal do pasa, bujnych włosach koloru ciemny blond, nieco rozwianych od jazdy na rowerze. Ubrana jest na czarno, ale ta czerń dodaje jej tylko uroku. Przysiadła najwyraźniej zmęczona rowerową wspinaczką pod górę. Rozmawia przez telefon, a ja wykorzystuję chwilę, by nasycić się rzadko spotykanym pięknem i typem urody.

Dalej już tylko zjazd, i kilka kilometrów przez Puszczę do samego Supraśla. W Supraślu rozczarowanie, jak na miasto uzdrowiskowe pustki, mijam dawny kościół ewangelicki, dalej kościół katolicki, skręcam w lewo w uliczkę prowadzącą do Rynku, przejeżdżam obok zabytkowych domów tkaczy i wjeżdżam na Rynek zalany słońcem, ale niemal bez ludzi, co zdumiewa tym bardziej, że jest niedziela, początek lipca, świeci słońce i jest ciepło. Postanawiam pojechać na cmentarz ewangelicki, by sfotografować neogotycką kaplicę fabrykantów z XIX - wiecznego Supraśla. Ale nie zdążę - dzwonią koledzy i chcą bym pojechał razem z nimi na wycieczkę. Proponuję podróż do Zagruszan i Pasynek. Cmentarz ewangelicki odkładam na inny czas, w Supraślu i tak bywam często, a po samotnej jeździe jestem spragniony kontaktu ze znajomymi. Wracam z powrotem, tą samą ścieżką rowerową, po drodze przez kilka chwil kropi delikatny deszcz.

Spotykamy się w centrum Białegostoku, i razem ruszamy znowu w stronę Zwierek, w grupie jest raźniej i nawet szosa zabłudowska nie wydaje się już taka straszna, jak wcześniej. Życie i tak roi się od wszelkich niebezpieczeństw, nie sposób go jeszcze dodatkowo ograniczać strachem przed potrąceniem na ruchliwej trasie, zwłaszcza, że szosa zabłudowska ma w sobie jakiś nieodparty urok. Natężenie ruchu, licznie mijające nas samochody; ich pęd, prędkość, kształty, rozbudowujące się miasto i wsie z całkiem estetycznymi domami, budynkami firm przy drodze, są uosobieniem gwałtownie dokonującej się modernizacji, a wokół dla kontrastu roztaczają się piękne widoki na pola, lasy, łąki, wsie. To wszystko tworzy razem interesujące zestawienie, mające w sobie coś pociągającego. Trudne do opisania i uzasadnienia poczucie zachwytu nad połączeniem nowoczesności i prostoty  towarzyszy mi zawsze i jedynie na tej trasie.

Docieramy do Zwierek - miejsca urodzenia świętego Cerkwi Prawosławnej - młodzieńca Gabriela. Sam choć nie jestem wyznawcą prawosławia, w ogóle trudno mnie nazwać osobą głęboko religijną, uważam, że to jakaś nieuchwytna wyjątkowość miejsca urodzin Świętego sprawia, że tak chętnie tu wracam i odczuwam za każdym razem, kiedy tu jadę, kiedy tu jestem, coś niewyjaśnialnie przyjemnego, niecodziennego, nienazwanego, co każe mi wracać. Ilekroć przejeżdżam przez Zwierki zastanawiam się, w którym miejscu mógł stać dom, w którym urodził się święty młodzieniec, w którym z istniejących obecnie domów mieszkają ludzie spokrewnieni z Nim.

Za Zwierkami, skręcamy z prawo i jedziemy do Zagruszan i Pasynek. W Pasynkach naszą uwagę, jak zwykle przykuwają bociany siedzące w gniazdach i na lampach. Mówimy "dzień dobry" do siedzących na ławce starszych panów, którzy uprzejmie nam odpowiadają. Od północy nadchodzi ciemna, deszczowa chmura, niemal burzowa, jeden z kolegów naciska byśmy wracali, nie udaje mi się ich przekonać, by pojechać przez las do nieodległego Zabudowa i tam schronić się przed deszczem. Jeszcze rzut oka na dwie stojące obok siebie w cieniu starych drzew kapliczki - jedna z wygrawerowaną inskrypcją w języku starocerkiewno - słowiańskim, druga w języku polskim, prawosławna i katolicka, tak charakterystyczne dla wielu wsi Białostocczyzny.

Podjeżdżamy jeszcze na chwilę do starego wiatraka stojącego samotnie w odległości kilkuset metrów od wioski, w szczerym polu.

***Zdjęcia z wcześniejszych podróży do Zwierek i Pasynek zamieściłem w innym blogu:

http://wschody.blogspot.com/2008/06/podr-do-pasynek.html
http://wschody.blogspot.com/2008/06/podr-do-zwierek.html

Ciemna chmura jest coraz bliżej. Przyspieszamy, znowu wystraszymy na skraju Pasynek szare, pierzaste, urocze gąski na fermie, które zobaczywszy nas zaczną uciekać w stronę zabudowań. Czeka je marny los, zastanawiam się czy kiedykolwiek będę mógł zjeść mięso z gęsi. Za chwilę miniemy Zagruszany, jesteśmy już w Zwierkach, teraz nie pojedziemy asfaltem, pod wieczór zwiększa się ruch na szosie. Tym razem pojedziemy polną drogą do Łubnik, urokliwej wioski z licznymi drewnianymi domami o dwuspadowych dachach i brukowanej drodze prowadzącej przez wieś. Za Łubnikami wjeżdżamy do lasu, kierujemy się w stronę Skrybicz. Ze Skrybicz mamy już niedaleko do Halickich, przed samymi Halickimi dopada nas deszcz, krople są coraz większe, jest ich coraz więcej aż w końcu leje jak z cebra. Docieramy do zadaszenia przy sklepie. Zadaszenie ma najwyraźniej chronić popijających piwo pod sklepem właśnie przed deszczem. Na ławeczkach siedzą trzej panowie, jeden z nich już śpi. Żartobliwie pytamy czy wszyscy się zmieścimy. Nawiązujemy rozmowę. Śpiący pan nie zauważa oczywiście naszej obecności, dwaj pozostali starsi panowie chętnie wdają sie w rozmowę. Dobrzy, uczynni ludzie, potrzebujący rozmowy i kontaktu z drugim człowiekiem, jak niemal każdy. Jeden z nich jest być może samotny, drugi ma żonę, synów, wnuki, ale ci podjechawszy pod sklep, jakby go nie zauważali, ani synowa przejawia ochoty do rozmowy z nim, ani 3 - letni wnuczek nie wykazuje zainteresowania dziadkiem. Dziadek nie daje jednak po sobie poznać, że jest mu przykro, uśmiecha się, próbuje zabawiać wnuczka, zagaić rozmowę z synową z synami, wszystko na nic, wsiadają do samochodu i odjeżdżają. Piwo najwyraźniej pozwala łatwiej znieść ból. Drugi pan nie opowiada o sobie, w przeciwieństwie do dziadka, ale chętnie wdaje się w rozmowę o wnuczku swojego kolegi, o grzybach, jagodach, o pogodzie, o deszczu. Momentami mówią jeden przez drugiego.

- Mieszkałem kiedyś w Białymstoku - opowiada dziadek - na Jagiellońskiej, na stancji, u prawosławnych, to kulturne ludzie byli, dobrzy ludzie. I właścicielka domu oduczyła mnie palić, panie. Widziała jak dzień w dzień paliłem paczkę papierosów i powiedziała - rzuć to palenie, choć coś ci pokażę. I zaprowadziła mnie do piwnicy, a tam stał gąsiorek z winem. I powiedziała - jak rzucisz palenie, to będziesz mógł od czasu do czasu napić się tego wina. A że było dobre, to panie oduczyłem się palić, i od tamtej pory nie palę, u mnie w domu nie można palić.

Dobrzy ludzie, ale jednak za dużo alkoholu jest w ich życiu, alkoholem zagłuszają samotność, rozpacz, smutki. Przestaje padać, po niemal godzinnej rozmowie żegnamy się z naszymi towarzyszami niedoli i odjeżdżamy w stronę Białegostoku, mamy już niedaleko, oby tylko znowu nie zaczęło padać.

Advertisement

Customize