Home

Advertisement

Customize
clanok

November 2009

S M T W T F S
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Tags

Syndicate

RSS Atom
Powered by LiveJournal.com

Sep. 4th, 2009

clanok

Co Polacy o Białorusi i Białorusinach wiedzą, a co wiedzieć powinni?

"Gość Niedzielny", którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki - Zych pod tytułem "Madonna, korona i łzy" poświęcony niedawnej - bo z 22 sierpnia - uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: "Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. - 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (...)" I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście "Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie" z dnia 26 sierpnia 2009 r.:

"Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach..."

Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego - aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji "przywracania polskości" Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak - katolik, Białorusin - prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno - kulturalnym "Czasopis" wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.

Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.

Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny - w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku - uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.

Aug. 7th, 2009

clanok

Krajowcy 2009

Krajowcy, o ktorych tak chętnie rozpisywał się Miłosz, i o których można przeczytać w esejach Tomasza Venclovy wydawali mi się zawsze sympatycznym i wyjątkowo ciekawym środowiskiem, choć nielicznym, grupą marzycieli, Don Kichotów oderwanych nieco od rzeczywistości. Nie mieli poparcia ani w masach, ani w eilicie, bo te w przedwojennym Wilnie miałyby być w większości raczej nastawione nacjonalistycznie, a i same mniejszości podchodziły do nich nieufnie. Litwini, których w Wilnie było wówczas niewielu, pewnie nie więcej niż 2 - 3 %, a przede wszystkim Litwini z Litwy tzw. Kowieńskiej stawiali na państwo niezależne, samodzielne, a nie jakieś mgliste koncepcje federacyjne czy odrodzeniowe odnośnie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Piłsudskiemu marzyła się federacja Litwy, Białorusi i Ukrainy z Polską, wszystkie te kraje miałyby w niej być równorzędnymi podmiotami, ale jego marzenia spełzły na niczym. Nie warto wspominać o sprzeciwie endeków, bo ten był oczywistym, ale ilu tak naprawdę zwolenników podobnej idei znalazłoby się w samym obozie tzw. piłsudczyków? Jak wpływ na poparcie społeczne wobec Piłsudskiego miałaoby konsekwentne forsowanie jego marzeń? Nie warto o tym dywagować, bo i tak pokój ryski z 1921 r. przekrełśił możliwość tworzenia takiej federacji. Krajowcy w tej nowej rzeczywistości rozważali jakąś autonomię dla dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, część z nich poczuła się bardziej Litwinami niż Polakami, inni dostrzegali lokalny koloryt, a lokalną tożsamość postrzegali jako dużo bardziej wartościową od tej z ziem dawnej Korony.

Czy dziś krajowcy znaleźliby kontynuatorów swoich idei? Czy ma sens mówienie współcześnie o krajowcach? Kim mieliby być?

Gdyby tacy się znaleźli to z pewnością musieliby uszanować prawo Litwinów do posiadania własnego państwa z pełnoprawną stolicą w Wilnie, nie powinni roić żadnych marzeń o federacji, co innego o sojuszu, jakby go nie nazywać czy strategicznym czy jakimkolwiek innym. Podobnie rzecz się ma z Białorusinami czy Ukraińcami.

Współcześni krajowcy dostrzegaliby wartość i piękno kultury, krajobrazu oraz tego, co dobre i nowe, a co wyrosło na gruzach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nie wyobrażam sobie by mogli nie uczyć się języków swoich sąsiadów, którzy niejednokrotnie świetnie znają ich rodzinny język. Poza tym czy można zachwycać się historią i kulturą Litwy czy Białorusi i nie próbować nawet poznać melodii tych pięknych języków?

A może dziś nie warto już zabawiać się w takie sentymentalne stowarzyszenia, środowiska, grupy? Jesteśmy odrebnymi narodami, tworzymy odrębne państwa, realizujące twardo swoje cele i interesy? A przeszłość, jakieś historyczne czy kulturowe więzy to tylko mgliste mrzonki, które na chwilę obecną nie stanowią żadnej wartości? Podążamy swoimi drogami i na własną rękę? A jeśli się sobą interesujemy to tylko powierzchownie, w celach ekonomicznych lub turystycznych. W zależności od kursu waluty przyjeżdżamy do siebie wzajemnie na zakupy, zatrzymujemy w uzdrowiskach, kurortach, zachwycamy architekturą, ale już niekoniecznie tym, co się u nas dzieje współcześnie, albo tym co się między nami działo w historii? Nie znamy naszych kultur, naszych obecnych problemów, bo te nas zwyczajnie nie interesują.

Kim więc by byli dziś krajowcy? Jak by zmieniły się ich idee? Czy w ogóle warto kontynuować ich myśl?

Feb. 21st, 2009

clanok

Na pograniczu

Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do określonej grupy narodowościowej. O tym, że można być Białorusinem wyznania katolickiego dowiedziałem się ledwie na studiach. A że można być prawosławnym Polakiem wiedziałem odkąd tylko zacząłem się stykać i świadomie rozmawiać z kolegami i koleżankami wyznania prawosławnego, którzy nigdy i nijak nie określiliby siebie, jako Białorusinów. Tatarzy wyznający nader liberalną wersję islamu - w zależności od upodobań - definiują się jako Polacy lub Białorusini, język tatarski czy język kipczacki jest już dla nich zupełnie odległą przeszłością.

Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko - białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.

Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość “ujawniały” w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem “swój”, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.

Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości - pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.

Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.

Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że “narzeczony” jednej z nich każde zdanie kończy słowem “kurwa”, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego “narzeczonego” i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w “Obywatelu” o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska…

Nov. 25th, 2008

clanok

Księżniczka Ragneda. Vaclau Lastouski

Nie jestem wykwalifikowanym tłumaczem, nie jestem nawet niewykwalifikowanym tłumaczem, jeśli rzecz idzie o język białoruski, to jestem kompletnym samoukiem i dyletantem. Zupełnie niedawno zacząłem odkrywać prozę Vaclaua Lastouskiego - białoruskiego pisarza, polityka, działacza kulturalnego i społecznego. Poniżej zamieszczam tłumaczenie jednego z jego opowiadań, opisującego fragment najstarszej historii Białorusi.

Księżniczka Ragneda

Przeszło tysiąc lat temu żył w Połocku, naonczas stolicznym mieście całej
Białorusi, kniaź Ragwołod. Ragwołod miał dwóch synów i córkę.
Ragneda odznaczała się niezwykłą urodą. Wielu książąt z sąsiednich
księstw posyłało swych swatów do Połocka, prosząc o rękę pięknej księżniczki.
Swatów wysyłał książę litewski, kniaź Wielkiego Nowogrodu i wielu innych. Jednak białoruska księżniczka była nie tylko urodziwa, ale też i dumna, i za żadnego z nich nie godziła się wyjść za mąż.

Książę kijowski Włodzimierz, usłyszawszy o zaletach białoruskiej
księżniczki od kupców, którzy jeździli do Połocka po towary, także posłał
swoich swatów do tamtejszego księcia. Wysłannicy księcia przybyli do
Połocka z przepysznymi darami dla księżniczki. Bojarzy snuli opowieści o
bogactwie i sile swojego władcy, a później z niskim pokłonem ułożyli przed
księżniczką podarki i prosili, by Ragneda zgodziła się wyjść za mąż za
Włodzimierza.

Lecz księżniczka dumnie odtrąciła ręką wszystkie podarki i wyrzekła te słowa:

- Na pójdę za niewolnika!

Matka kijowskiego kniazia była kiedyś niewolnicą, i Ragneda swoimi
słowami znieważyła księcia, nazwawszy go synem niewolnicy.

Posłowie odjechali do Kijowa z pustymi rękami.
Gdy dowiedział się o tym Włodzimierz zapłonął wielkim gniewem,zebrał
wojska i rzucił się z orężem w rękach zdobywać Połock, a razem z nim księżniczkę Ragnedę. Otoczył miasto, podbił je i spalił. W bitwie zginął ojciec Ragnedy, stary Ragwołod i dwaj jego synowie, a samą Ragnedę Włodzimierz,jako niewolnicę powiódł do Kijowa i zmusił ją do poślubienia go.

Ragneda długo żyła w Kijowie, ale jej życie nie było usłane różami,
doświadczyła wielu przykrości, smutków i boleści, i z tego powodu ludzie nazwali Ją Garasława, to znaczy smucąca się.

CDN


**** Od tłumacza: I tu jest problem, nie znalazłem odpowiednika tego imienia w języku staropolskim, słowo "gorie" w języku rosyjskim to żal, smutek, w języku białoruskim prawdopodobnie także. W tekście oryginalnym jest napisane: "usiakogo gora jana tam pierażyła i za geta je ljudzi prazwali Garasława, znacza garotnica"

May. 12th, 2008

clanok

Koncert czterech narodów

Zupełnie nie przez przypadek trafiłem kilka dni temu na koncert czterech narodów zorganizowany w ramach białostockich juwenaliów. Odmłodziłem się dzięki temu o kilka lat, a poza tym nie mogłem ominąć koncertu o takiej jednoczącej wymowie. Miały wystąpić zespoły z Litwy, Ukrainy, Białorusi i Polski. W tym zapyziałym mieście to naprawdę nie takie zwyczajne i codzienne wydarzenie. I choć musieliśmy stać w błocie, co chwilę padającym deszczu i chłodzie dobrych 5 godzin, to było warto. Było warto choćby z tego względu, by poczuć wspólnotę z młodymi Białorusinami, którzy wbrew wszelkim trudnościom natury urzędowej i pogodowej dotarli na koncert i sterczeli razem z nami w błocie pod sceną bitych kilka godzin.

Polskie supporty sobie darowaliśmy, choć trafiliśmy jeszcze na występ polskiej kapeli, której muzycy za wszelką cenę chcieli się upodobnić do Limp Bizkit, i muzycznie i wizualnie. Takich zespołów są niestety tysiące, i gitarowe rzężenie, nie wnoszące nic nowego, większego wrażenia wywrzeć niestety nie może, nawet mimo usilnych starań wokalisty, który jak tylko potrafił najlepiej mizdrzył się i kadził publiczności.

Całe szczęście tuż po owej kapeli – nie pamiętam niestety jej nazwy, i to chyba dobrze, bo taki powinien być los wtórnych i naśladowczych zespołów na scenie pojawił się litewski zespół – Żalvarinis. Na samym początku zwróciliśmy uwagę na trzy urodziwe wokalistki, które jak się później okazało oprócz urody dysponowały przede wszystkim niezwyczajnymi walorami głosowymi. Ze swoimi bujnymi włosami niemal do pasa, wyglądały jak wróżki z litewskich opowieści sięgających jeszcze czasów średniowiecza. Żalvarinis świetnie łączy mocne gitarowe granie z elementami litewskiego folkloru. Brzmi to naprawdę świeżo i ciekawie. Czegoś podobnego nie zdarzyło mi się jeszcze słyszeć. Ukraiński, białoruski folk z elementami rocka owszem, ale litewski po raz pierwszy.

Na tej stronie są do pobrania pliki audio utworów Żalavarinisu, gorąco polecam!

http://www.wschodnifolk.com/litwa.html#zalvarinis

Po gościach z Litwy wystąpił ukraiński zespół Flit, bez którego podobno pomarańczowa rewolucja nie odbyłaby się. Ten gatunek muzyczny nazywam słowiańskim rockiem z elementami słowiańskiego punka. Ostre, szybkie, mocne gitarowe granie, ciekawie brzmi w połączeniu z językiem ukraińskim. Zachęcam do odwiedzenia strony zespołu:

http://www.flit.net.ua/

Po grupie z Ukrainy zgodnie z planem miał wystąpić białoruski zespół N.R.M., ale panowie mieli trudności z przekroczeniem granicy, była nawet obawa, że w ogóle nie dotrą, więc wystąpił polski zespół Bracia. I choć “Braci” lubię, to lepiej byłoby, gdyby wystąpił polski zespół bardziej pasujący do konwencji koncertu, może Kapela ze wsi Warszawa? Ale nie ma co gdybać, bo wystąpili Bracia, którzy udowodnili, że są sprawnym muzycznie i wokalnie zespołem. Możliwe, że jest to zespół bardziej z pogranicza solidnego muzycznego, rockowego rzemiosła, ale to przecież nic złego. Na koncertach brzmią mocno i dobrze się ich słucha.

Po godzinnym graniu Braci okazało się, że białoruski zespół dotarł szczęśliwie do Białegostoku i da koncert. W czasie, gdy panowie rozkładali się i stroili na scenie goście z Białorusi, a pewnie także i grupka naszych polskich Białorusinów rozwinęła biało – czerwono – białe flagi i koncert ruszył pełną parą! Prawdę mówiąc nie jestem fanem wokalisty N.R.M. – ma zbyt piskliwy i skrzeczący głos, jak na mój gust, ale tu nie o głos wokalisty idzie, lecz o przesłanie granej przez Białorusinów muzyki. I ballada o Mińsku, tj. o “dwóch miastach”, w jakich przyszło żyć tym Białorusinom, którym w państwie Aleksandra Łukaszenki jest nieco duszno i ciasno, wywarła na mnie ogromne wrażenie: zielony park, kwiaty w parku, pałujący milicjanci, omonowcy w kominiarkach, to zdecydowanie za dużo, jak na jedno miasto.

Na tej stronie można posłuchać N.R.M. – http://www.lastfm.pl/music/N.R.M.

Podsumowując, cudownie było posłuchać tych wszystkich zespołów, rozbrzmiewającego pod sceną języka białoruskiego sporej grupy gości z Białorusi, nawet w strugach deszczu, błocie i chłodzie, oby takich koncertów było więcej i oby ludzie rozumieli ich ideę.

Jan. 21st, 2008

clanok

Konstanty Kalinowski. Czym była walka o wspólną wolność w powstaniu styczniowym?

22 stycznia obchodzimy 145 rocznicę wybuchu powstania styczniowego na ziemiach Królestwa Polskiego. Na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego powstanie wybuchło kilka miesięcy później.

Ten wpis nie rości sobie prawa do bycia rozprawą naukową, jest jedynie próbą zasygnalizowania złożoności dziejów ziem dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego poprzez przedstawienie postaci z czasów właśnie owego powstania ważnej zarówno dla historii Polski, jak i Białorusi, tj. Konstantego Kalinowskiego.

Jeszcze z czasów szkoły podstawowej pamiętam, że o Konstantym Kalinowskim nie mówiło się inaczej jak o jednym z organizatorów powstania styczniowego na Białostocczyźnie, kładąc nacisk jedynie na kwestie społeczne w jego działalności. Dopiero sam z czasem zacząłem drążyć temat owego powstania, po omacku, bez żadnych wskazówek, bez konkretnego kierunku, by odkryć książki Sokrata Janowicza - polskiego Białorusina, literata, zagorzałego przeciwnika Aleksandra Łukaszenki. Jeszcze później pojawiły się Białoruskie Zeszyty Historyczne, i całe bogactwo polsko - białoruskiej literatury będącej prawdziwą skarbnicą wiedzy.

Z czasem dowiedziałem się, że Konstanty Kalinowski był białoruskim szlachcicem, który urodził się we wsi Mostowlany - w odległości około 50 kilometrów do Białegostoku, obecnie na granicy z Białorusią, niedaleko Gródka, w którym odbywa się co roku festiwal muzyki młodej Białorusi "Basowiszcza". Szkołę dla młodych szlachciców ukończył Konstanty w nieodległej Świsłoczy, następnie studiował prawo na Uniwersytecie w Petersburgu. Tam przesiąknął popularnymi wówczas wśród studentów ideami społecznymi i politycznymi, wymierzonymi w carat. To właśnie okres studiów zainspirował naszego bohatera do podjęcia działalności antycarskiej na jego ojczystej ziemi. Jako szlachcic białoruskiego pochodzenia znakomicie znał jeżyk białoruski, tradycję, kulturę i mentalność miejscowego ludu. Ale nieprawdą jest, że interesowały go tylko kwestie społeczne, marzyła mu się także odrodzona i wolna Rzeczpospolita wielu narodów.

W konspiracyjnym piśmie, które założył, a które było drukowane łacinką - to jest w języku białoruskim przy wykorzystaniu alfabetu łacińskiego - czytamy:

"W naszym kraju, bracia, uczą was w szkołach tylko czytania w języku Moskali z celem uczynienia was Moskalami. Nigdy nie usłyszycie słowa w języku polskim, litewskim czy białoruskim, jak by chciał tego lud."


Owe pismo nosiło nazwę "Mużyckaja Prauda" i w zamierzeniu jego twórcy i jego współpracowników miało być skierowane do białoruskojęzycznych chłopów.

Sam Konstanty Kalinowski miał też wędrować po ziemiach dawnego WKL w przebraniu chłopa i agitować na rzecz powstania, ale działalności tej musiał prędko zaniechać, jako że władze carskie wpadły na jego trop.

W swoim piśmie domagał się nie tylko poprawy położenia chłopstwa - jak mnie uczono niegdyś w szkole - ale także wspomnianego wyżej odrodzenia Rzeczypospolitej w przedrozbiorowych granicach, i odważnie występował w obronie unitów. Unia Brzeska na ziemiach wcielonych do Cesarstwa Rosyjskiego została zniesiona dużo wcześniej niż w Królestwie Polskim, bo już w 1839 roku. Wielu unitów skrycie, narażając się na surowe kary trwało przy wierze swoich przodków. Kalinowski rozumiał, że Unia - obok języka białoruskiego - decydowała o odrębności Białorusinów od Rosjan. Rosjanie w swojej propagandzie usiłowali przedstawiać Białorusinów jako zachodni odłam narodu rosyjskiego, stąd właśnie wzięła się nazwa prądu, który z czasem podjęła także część Białorusinów - zapadnorusizm (zachodniorusizm). Polacy w tym dziele wypierania białoruskości również nie byli bez winy odnosząc się do Białorusinów jako do odłamu narodu polskiego, a język białoruski traktowano jako dialekt języka polskiego.

Działalność Konstantego Kalinowskiego przyniosła niestety mizerne skutki, jeśli mierzyć ją zaangażowaniem chłopstwa białoruskiego w powstanie styczniowe. Przyczyniła się natomiast z całą pewnością do odrodzenia narodowej idei białoruskiej i odrodzenia języka białoruskiego. Przez świadomych Białorusinów Kalinowski uznawany jest za bohatera narodowego, a władze polskie nazwały jego imieniem program skierowany do prześladowanych białoruskich studentów mający na celu umożliwienie im kontynuowania nauki na polskich uniwersytetach.

Sam Konstanty Kalinowski został schwytany i stracony w marcu 1864 r. w Wilnie. Tuż przed wykonaniem wyroku zdążył napisać jeszcze odezwę do swego ludu:

"(...) Nie ma większego szczęścia na tej ziemi, bracia, niż posiadana przez człowieka wiedza i intelekt. Tylko wtedy będzie on w stanie życie w zgodzie i w obfitości, i tylko wtedy, gdy będzie zanosił szczere modły do Boga, dostąpi zbawienia w Niebie, bo tylko wtedy, gdy wzbogaci swój umysł wiedzą, wzbudzi w sobie szczere uczucie i miłość do swego ludu. Lecz tak jak dzień i noc nie mogą panować razem, tak prawdziwa wiedza nie może iść w parze z niewolą Moskala. Tak długo, jak długo ciąży ona nad nami, nie będziemy mieć nic. Nie będzie prawdy, nie będzie bogactwa. Oni nas tylko powiodą nie do naszego dobra, lecz na zatracenie i wieczne potępienie.

To właśnie dlatego, moi bracia, tak szybko, jak tylko dowiecie się, że wasi bracia z nieodległej Warszawy walczą o prawdę i wolność, nie pozostawajcie bierni, lecz chwytając cokolwiek co możecie czy kosę czy topór idźcie, jak cały naród walczyć o swoje ludzkie i narodowe prawa, o waszą wiarę, o waszą ojczyznę. Mówię do was spod szubienicy, mój ludu, że tylko wtedy będziecie żyć szczęśliwie, kiedy nie będzie nad wami Moskala."

 

******* cytaty z "Mużyckiej Praudy" i testament Konstantego Kalinowskiego za

http://www.belarusguide.com/culture1/people/Kastus.html

Advertisement

Customize